poniedziałek, 29 kwietnia 2013

ToTo-3, czyli jak długo można ?

No własnie jak długo można budować zwykłego deproniaka ?
Zaręczam, że można długo, czego dobitnym przykładem jest fakt ze wczoraj oblatałem model, którego budowa ruszyła w roku 2010. Model rodził się w bólu, parokrotnie zmieniałem założenia już na etapie projektu i rysunków. W trakcie samej budowy też nastąpiło kilka zmian.
ToTo-3 wczoraj wreszcie poleciał. Zdjęcia z budowy i pełna dokumentacja niebawem w Baterflajowym Świecie po dokładnej weryfikacji właściwości lotnych i kolejnych regulacjach. jest to mój pierwszy model w układzie górnopłata tylnonapędowego, stąd też przede mną cały proces regulacyjny. Dopiero później nastąpi poprawka w planach.
Model przed lotem prezentuje się tak :

Układ górnopłata, gdzie tytułem eksperymentu postanowiłem zaopatrzyć
go w klapy prócz lotek. Dodatkowo przewidziałem możliwość powiększenia rozpiętości poprzez dokładane końcówki płata.

Obszerny kadłub, co daje możliwość wsadzenia jakowegoś lekkiego wyposażenia pod FPV. Konstrukcja raczej budżetowa, czyli depron plus trochę balsy, sklejki owocówki. Mały regulator około 30 A , do tego silnik typu dzwonek.
Sterowanie :
- kierunek,
- wysokość,
- lotki,
- ewentualne klapy.
Myślę że możliwym byłoby dodanie do kadłuba pływaków i start z wody.
Być może sprawdzę takowa okoliczność.
Kadłub malowany farbami do styropianu w sprayu, skrzydła i usterzenie oklejone taśmami pakowymi i prasowane.



Dzięki Zbyszkowi (Zbig Cover) udostępniam jeszcze trzy fotki z oblotu modelu. Zbyszku wielkie dzięki. :)




piątek, 19 kwietnia 2013

100P kretynom


Miał być blog modelarski to trochę o modelarstwie dzisiaj napiszę.
Jak na razie blog ten martwym mi się zdaje, nikt się nie odnosi, nie polemizuje.
Jeszcze trochę tu ponudzę.
Wieloletnia bytność ma na forach modelarskich, ich moderowanie, a takoż i inne obserwacje tam poczynione skłoniły mnie do wyrażenia opinii w tej materii.
Nadmienię iż tekst w treści podobny lata temu zamieściłem na "peefemie" i pomimo upływu czasu uważam iż nadal jest aktualny, o ile nie aktualniejszy.
Pomijam w tym momencie wyraźnie zauważalny spadek atrakcyjności  for modelarskich, zauważam wyraźny zastój, niejako obumieranie.

Otóż drodzy bracia i siostry pomny słów swych, które do was toczę zauważyć pragnę iż w materii twórczego strugania w depronie, drzewie, takoż i prezentowania onych cudów ledwo co wystruganych nijak zmian jakowyś na lepsze zauważyć nie jest mi dane.
Sposób ich prezentowania też czasami przedstawia wiele do życzenia. A nuż to zdjęcia zrobione telefonem komórkowym poprzez dno butelki od mleka, a nuż to opis nie po polsku a jedynie „w polskiemu językowości”, że o dzieciach 3D ( dyslektyk, dysgrafik i inny dysk) już nie wspomnę w swym kazaniu.

Bylejakość się panoszy. I tyczy to głównie młodszych adeptów sztuk naszych tajemnych. Starając się przyczyn owego zjawiska doszukać, znajduję pośpiech, chęć chwilowego zaistnienia, „mania” tych swoich pięciu minut.
Cała masa modelarzy ma pozakładane profile na naszych klasach, szajsbukach i temu podobnych portalach.. Jak to jest że tam wszyscy tacy piękni i cudowni, chwalą się swoimi laptopami, motorami, samochodami, „laskami”, zdjęcia wypacykowane – no dosłownie sam miód spływa z ekranu, a na forach niestety, przepraszam za słowo - menelstwo.
A tak trudno na forum zadać logiczne pytanie, mówić po polsku, aparaturę nazywać aparaturą a nie jakąś APKĄ. Tak trudno przed naciśnięciem "wyślij" sprawdzić czy w tekście nie ma błędów. Tak trudno spojrzeć wpierw krytycznym okiem na swoje dzieło przed jego prezentacją.
Jak już onegdaj wspomniałem rasa męska ma to do siebie, że lubi się chwalić, pokazywać w najlepszym świetle, szpanować bogactwem, wiedzą, kobietą.
Dlaczego jak idziesz człowieku na imprezę, to zwracasz uwagę na to jak Twoja kobieta ( żona, kochanka, przyjaciółka, konkubina ) wygląda, jak się prezentuję na tle innych. Dziewięćdziesiąt procent facetów to wzrokowcy ( pomijam waginosceptyków, facetów inaczej, aktywistów kółek różańcowych etc ) i dla nich kobieta jest ich odbiciem, obrazem, tym czymś ( raczej tym kimś ), kim mogą błysnąć przed innymi. Dlaczego Wasze kobiety na naszej-klasie, szajsbuku są takie dopieszczone, wypacykowane, a Wasze modele na forach prezentowane  to czasami chłam totalny.
Wiem , wiem zaraz znajdzie się iluś obrażonych, że kobietę porównuję do modelu, kilku innych stwierdzi, że nie opłaca się robić „fajnych” modeli bo i tak się w końcu rozwalą. Jeszcze inni wspomną że ich nie stać na fajne modele, że to drogie jest etc. Paru pewnie zaraz wstawi skany wyników lekarskich że oni 3D są.
"Za moich czasów" ( he he he ) nie było 3D, a rzeczy nazywało się po imieniu, jak ktoś pisał kolejny raz który przez u otwarte to był OSŁEM, DEBILEM I NIEUKIEM, zostawał na drugi rok, albo lądował w szkole dla upośledzonych, jak ktoś nie potrafił powiedzieć PRZEPRASZAM, DZIĘKUJĘ, PROSZĘ to był zwykłym chamem i gnojem. Wiedzę czerpało się ze starego testamentu ( MINIATUROWE LOTNICTWO) i nowego testamentu (ABC MINIATUROWEGO LOTNICTWA), ganiało się po całym mieście za kolejnym numerem MODELARZA, materiały się ZDOBYWAŁO a nie kupowało jednym kliknięciem w Chinach. Teraz macie internet, wielu pomocnych Wam ludzi na podorędziu, niezliczoną ilość for i …........... nie szanujecie tego, nie szanujecie innych, którzy poświęcają swój czas w tych zagonionych czasach, nie potraficie przeczytać i zrozumieć co się do Was mówi, wszystko chcecie mieć podane na tacy, bo się Wam należy, bo tak ciężko coś wygooglować, bo tak trudno nacisnąć SZUKAJ. Bo tak trudno sprawdzić przed wysłaniem czy przypadkiem autofocus aparatu nie ustawił Ci ostrości na puszkę browara. Bo tak trudno ustawić balans bieli na odpowiednie światło, bo tak trudno sprawdzić ile fotka „waży” i ewentualnie dostosować ją wielkością do potrzeb forum i ku uciesze interlokutorów.
Bardzo często dostaję od młodych adeptów modelarstwa maile z prośbami o przesłanie planów "pod ploter" etc. pomimo faktu iż wyraźnie na swej stronie napisałem dużymi literami że nie odpowiadam na takowe zapytania. Nie wysyłam planów, nie udzielam rad.
Czego to dowodzi ?. Ano tego że młodzież kretynieje już totalnie, nie rozumie prostych zdań w ojczystym języku, nie rozumie co się do niej mówi, cały czas przyjmując pozę "bo mi się należy". Masakra.


GNOJOM, CHAMOM, DEBILOM I NIEUKOM mówię NIE

środa, 17 kwietnia 2013

You're in the asshole of the world, Captain. - Witajcie w samej dupie świata.

"CZAS APOKALIPSY" - Francis Ford Coppola. W życiu każdego jak mniemam pojawiają się elementy, zdarzenia, sytuacje, osoby, które w jakiś sposób wywierają wpływ na resztę dni, sposoby postrzegania, odbierania otaczającej rzeczywistości etc. W moim przypadku w gronie tych elementów pojawił się właśnie ten film.
Pierwsze jeszcze nieświadome spotkanie z tym dziełem miało miejsce w czasie stanu wojennego, wielokrotnie powtarzano w gazetach jedno zdjęcie, którego autorem był Chris Niedenthal.


Warszawskie kino "MOSKWA" na Mokotowie, przed kinem stojący żołnierze, transporter opancerzony SKOT i wielki szyld na ścianie kina CZAS APOKALIPSY. Wiedziałem wtedy mniej więcej o czym film traktuje, nie wiedziałem jednak jak traktuje. Pierwsze zetknięcie z filmem miało miejsce w roku 1982 w małym prowincjonalnym kinie, gdzie bileterka jakoś nie sprawdzała mojego wieku ( wszak film dozwolony był od lat 18-tu ). To co "patrzyło" na mnie z ekranu było wielkim szokiem, pierwsze trzy minuty filmu, The End Doorsów, płonąca wioska, huk łopat helikopterów, nie było pop cornu, coli, nie było Dolby, ale była ta zajebista atmosfera. To był mój "Czas Apokalipsy". Wielokrotnie oglądałem ten film ze zdartych taśm video.

Może coś ze mną jest nie tak, nabyłem go na DVD w wersji reżyserskiej i oglądam średnio raz w miesiącu od początku do końca, zadając sobie za każdym razem pytanie,  co w tym filmie jest takiego ?,  znam na pamięć każdą scenę, wszystkie dialogi. Dzięki temu filmowi dotarło do mnie znaczenie pojęcia "kultowy". Dla niektórych jest to "Rejs" Piwowskiego, dla mnie właśnie "Czas Apokalipsy"

O filmie :
Apocalipse Now to luźna adaptacja powieści Josepha Conrada "Jądro ciemności", akcja została przeniesiona w czasy wojny wietnamskiej i koncentruje się głównie na misji kapitana Willarda ( w tej roli Martin Sheen ) oficera wywiadu amerykańskiego do Kambodży, celem wyeliminowania dezertera i samozwańczego boga, pułkownika Kurtza ( Marlon Brando ), zbuntowanego przeciw swym przełożonym, przeciw zasadom, przeciw światu. Potężny i wszechmogący Kurtz stanowi apoteozę Buddy, królując i dowodząc grupą tubylców w kambodżańskiej dżungli. Jego świat to świat śmierci, świat gnijących ludzkich szczątków, poobcinanych głów, świat poezji Poego, świat zanurzony w totalnym mroku, szaleństwie, narkotykach, ogniu, tańcu.

Od reżysera :
... Kiedy rozpoczynałem zdjęcia do "Czasu Apokalipsy" moim zamiarem było stworzenie filmu epickiego, w którym spektakularna akcja przeplatałaby się z bogactwem filozoficznych rozważań na temat wojennych mitów. Jednak już wiosną 1979 roku całą ekipę ogarnęło przerażenie: film wydawał się zbyt długi, zbyt niezrozumiały i wbrew regułom gatunku nie kończył się wcale klasyczną bitwą. Groziła nam katastrofa finansowa. Zastawiłem wszystko co miałem, żeby pokryć koszty w wysokości 16 milionów dolarów. Dziennikarze nieustannie dopytywali się kiedy nastąpi apokalipsa, postanowiliśmy więc pójść w kierunku, który - jak nam się wydawało - mógł zadowolić ówczesnego przeciętnego widza : skoncentrowaliśmy się na podróży w górę rzeki, starając się utrzymać film w konwencji kina wojennego. Po z górą dwudziestu latach od zakończenia zdjęć, obejrzałem "Czas Apokalipsy" w telewizji.
Byłem zaskoczony, że film - uznany w dniu premiery za tak odważny i szokujący - wydał mi się teraz co najmniej stonowany, biorąc pod uwagę to, na co przygotowana jest dzisiejsza publiczność. Ów fakt połączony z telefonami, jakie całymi latami odbierałem od ludzi, którzy widzieli oryginalną, czterogodzinną wersję filmu sprawił, że postanowiłem na nowo zmontować "Czas Apokalipsy".
Począwszy do marca 2000 roku, przez sześć miesięcy kleiliśmy nową wersję filmu. zamiast po prostu wmontować sceny wycięte podczas oryginalnego montażu, stworzyliśmy go od początku z oryginalnych, nie zmontowanych materiałów. Tym razem nie pracowaliśmy pod presją, mogliśmy więc poświęcić więcej uwagi poszczególnym wątkom, zwłaszcza kwestiom związanym z wojenną moralnością. Wydaje mi się, że każdy film wojenny siłą rzeczy staje się filmem antywojennym. mój film jest raczej wymierzony w kłamstwa związane z wojną, niż w samą wojnę: przeraża mnie to jak nasza kultura potrafi kłamać na temat wydarzeń z pola bitwy; przeraża mnie, że wszelkie wojenne zbrodnie mogą być przedstawione jako moralne i że to wszystko nakręca wojenną spiralę. Jest o tym mowa w oryginalnym scenariuszu Johna Miliusa "Uczą chłopców zrzucać ogień na ludzi, ale nie pozwalają bazgrać słowa "dupa" na swoich samolotach". Joseph Conrad ujmuje to następująco: "Nie znoszę odoru kłamstwa".
Nowa, kompletna i ostateczna wersja "Czasu Apokalipsy" niesie to przesłanie wszystkim młodym ludziom - chłopcom i dziewczętom, - którym każe się moralnie funkcjonować w niemoralnym świecie. Film jest dłuższy o 49 minut nie pokazywanych dotąd scen, jest wierniejszy oryginalnemu zamysłowi, zabawniejszy, bardziej szalony, bardziej sexy, bardziej romantyczny, a także ostrzejszy politycznie. Nowy materiał rozłożony jest równomiernie. Wśród dodanych scen znalazła się m.in. sekwencja na francuskiej plantacji, poszerzona sekwencja z króliczkami Playboya, nowe sceny na łodzi patrolowej u progu wyprawy w górę rzeki oraz nowa scena z Marlonem Brando, która nie mogła być wyemitowana 20 lat temu ponieważ jasno dowodzi w jaki sposób okłamywano amerykańska opinie publiczną. W przypadku nowej wersji "Czasu Apokalipsy" - "Czas Apokalipsy - Powrót" - moim celem było stworzenie bogatszego, pełniejszego i bardziej złożonego obrazu, który, podobnie jak oryginał, pozwoli ludziom doświadczyć czym naprawdę był Wietnam: przybliży im szaleństwo, upojenie, horror, zmysłowość i moralne dylematy tej najbardziej surrealistycznej i koszmarnej wojny...
Francis Ford Coppola - maj 2001



 - Marlon Brando - pułkownik Kurtz
- Martin Sheen - kapitan Willard
- Robert Duvall - porucznik Kilgore
- Frederick Forest - Chef (szef)
- Laurence Fishburne - Clean (czyścioch)
- Dennis Hopper - fotoreporter
- Harrison Ford - pułkownik Lucas
- Albert Hall - Philips (kapitan łodzi)
- Sam Bottoms - Lance B.Johnson (surfer)

- Francis Ford Coppola - reżyser i producent
- Kim Aubry - producent
- Fred Ross - współproducent
- Gray Fredericson - współproducent
- Tom Sternberg - współproducent
- Vittorio Storaro - zdjęcia
- Dean Tavoularis - scenografia
- Walter Murch - montaż



Dlaczego właśnie ten film ?

Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, może dlatego że zawsze pasjonowały mnie militaria, może dlatego że pasjonuje mnie modelarstwo lotnicze. Pewnie dlatego, że film powstał tyle lat temu, a cały czas jest ponadczasowy, treści, dialogi, atmosfera, wspaniała kompilacja obrazu z dźwiękiem i brak współczesnych trików filmowych, brak "dopalaczy" komputerowych, renderingu, etc.
Być może dzisiaj stworzony film ten wyglądałby zupełnie inaczej, byłby w kluczowych scenach bardziej "krwawy", bardziej efekciarski, ale w Czasie Apokalipsy śmigłowiec to śmigłowiec, a nie wirtualny wytwór, wybuch to wybuch.....



"... Widziałem ślimaka pełznącego po krawędzi brzytwy.
To jest mój sen, mój koszmar.
Brnie.
Pełźnie po krawędzi diabelnie ostrej brzytwy.
I nie ginie. ..."



Czas Apokalipsy w moim obiektywie, fotografie te powstały w trakcie zlotu militarnego w Bielsku Białej.










niedziela, 31 marca 2013

Moje anty życzenia świąteczne.


No i zaczęło się , czas świąteczny nadszedł krokami nie sporymi, śniegi zalegają, ni to d..py ruszyć by iść polatać. Od rana zaczynają mnie wpadać w telefon, na maila i innymi wszelkimi dziurami ... życzenia, życzenia świąteczne.
Po pierwsze primo, masę takowych życzeń  otrzymałem rok temu, dwa lata temu a nawet i wcześniej.  Analiza ich treści, skutków jakie winny wywoływać skłania mnie to wytoczenia pewnej refleksji.
Owoż takowej, że życzenia takie jak nic można sobie o kant d..py rozbić pod warunkiem oczywiście, że jest się posiadaczem d..py ni mniej nie więcej jeno kanciatej ( kanciastej ).
Bo prawda jest taka, ze nic z tego co mnie niektórzy rok temu, dwa lata temu, a i dawniej życzyli nijak spełnić się nie spełniło. Takoż urody i bogactwa mnie nie przybyło, zmądrzeć nijak nie zmądrzałem, syn mnie pyskuje coraz bardziej, ani nie schudłem, ani nie przytyłem. Podwyżki w pracy nie uświadczyłem, nie licząc podwyżki parapetu oczywiście. Nogi dalej mi śmierdzą, w dalszym ciągu co miesiąc dostaję listy z pogróżkami od pewnej sieci telefonów komórkowych, samochód dalej mnie rdzewieje, teściowa nadal mnie w........wia, pewna piękna i atrakcyjna kobieta, co to pracuje piętro, wróć, dwa pietra nade mną nadal nie zwraca na mnie uwagi. O co tu q.... chodzi, wszyscy mnie tyle życzyli i życzą a tu w dalszym ciągu d..pa  panie Ferdku.
Postanowiłem przeto życzeń takowych już nie przyjmować, a wsadźcie se je wszystkie razem wzięte w ( tutaj dowolne określenie miejsca, gdzie takowe życzenia  wsadzić se można ). Jak już chcecie mego szczęścia i pomyślności, to wyślijcie mi kasę, nową aparaturę, kubik balsy, litr CA, czy też kilka metrów kwadratowych tkaniny węglowej. Na cholerę mi życzenia , co to się nie spełniają.
Inną sprawa jest sama treść życzeń i ich jakość. Nie wiem czy wszyscy się umówili czy jak , ale każden jeden życzy mnie WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO,  a od dawna wiadomym jest, że jak coś jest do wszystkiego, to zazwyczaj jest do chrzanu, znaczy do d..py. Czyli każdy mi życzy by w te święta ( urodziny, nowy rok etc )  wszystko w moim życiu było do d..py. Wielkie dzięki, bardzo wielkie.
Nic mnie tak nie rusza, jak życzenia wysyłane poprzez GG lub esemesami , klient mnie w życiu na oczy nie widział, nic o mnie prywatnie nie wie, generalnie nie zna mnie ( bo gdyby znał, to wiedziałbym jaki mam do takowych życzeń stosunek ) a wtrynia mi się z butami i jakimiś debilnymi wierszykami o reniferach, kurczaczka i zajączkach zależnie od pory roku i świąt właściwych. I na koniec jeszcze pisze WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO. Zresztą esemsy dla mnie to masakra totalna i postrzegam je w kategorii szczególnej złośliwości. Bo jak takowego dostaję to zaraz uruchamiają się u mnie resztki sumienia i zaczynają mnie gryźć, wzmagają u mnie poczucie winy, ze ktoś mnie ubiegł, że sobie pomyśli, że o nim ( niej ) zapomniałem, że jestem kawał ........... ( tu odpowiednie słowo, przy czym cham jest określeniem nad wyraz delikatnym ) . Cały eter zapchany esemesami, najgorzej to jest w sylwestra, nijak nigdzie się dodzwonić nie można, a człek ma akurat parcie na szkło, z rodziną się pokłócił, napiłby się alkoholu, samochód śniegiem zasypany. A tu nijak do brata rodaka, co to akurat taksówką jeździ dodzwonić się nie da z prośbą by flaszkę na adres wskazany przywiózł. Cała siec nie wydala, bo akurat wszyscy wszystkim życzą w tym samym czasie WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO.
Może i starej daty jestem, może i nie reformowalny, ale k... jak ja chcę komuś faktycznie z czystej sympatii  złożyć  jakiekolwiek życzenia, czy to świąteczne, czy urodzinowe, czy też imieninowe, to biorę d..pę w troki, jadę na pocztę, kupuje kartkę, znaczek, kopertę i wysyłam życzenia, takie prawdziwe, Bo wtedy wiem, że jest to szczere, że jest to odznaka pamięci, szacunku. Jest to szczere i od serca,  ewentualnie dzwonię. Sorry, ale moim zdaniem życzenia słane esemesami, przez gg etc są dla mnie jak pizza z mikroweli kupiona w biedronce, jak muzyka z MP3, jak słodzik w miejsce cukru, jak cola light, , jak dmuchana lata z seksszopu, jak Trabant ze spojlerem, jak model zrobiony w jeden wieczór na odp..ol. Głupsza juz chyba jedynie może być tapeta w motylki.
Dlatego też od lat nie odpisuję na jakiekolwiek życzenia słane esemesami z szacunku do samego siebie i do innych, nie wysyłam też takowych. A tak trudno wysłać kartkę, a tak trudno ot po prostu zadzwonić, tak wiele to kosztuje ?

Tyle w temacie z mojej strony. Ktoś się może  z tym zgadzać , a ktoś inny nie.
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO.

środa, 6 marca 2013

Bytom 2013 - Festiwal, festiwal i po festiwalu.

Było na czym oko zawiesić.
Idea sprawdziła się w całej rozciągłości. Owoż powstała największa i w opinii wielu modelarzy najlepsza tego typu impreza w Polsce, której zasięg już wykracza od paru lat poza granice kraju. Fantastyczny sposób na promocję nie tylko naszego hobby, ale takoż i na promocje miasta i obiektu, wszak przybywają tu na te kilka dni ludzie z całego kraju i zza granicy.
Patrzę na to z wielką sympatią, głównie chyba jako ..... współorganizator. Jako modelarz zresztą też.
Bo chyba tak mogę powiedzieć o sobie mając w pamięci pierwsze edycje tej imprezy, gdy zarywaliśmy noce na sędziowaniu modeli,  wtedy jeszcze w pewnym strachu i niepewności co do przyszłości i skutków, jakie to odniesie. Wydruki pierwszych dyplomów, plakatów, nie mieliśmy z Olkiem pojęcia jak się za to wszystko zabierać, jak to ugryźć od strony organizacyjnej, komputerowej. Momentami totalna improwizacja. Wiele zawalonych nocy. Olek skupiony na szukaniu sponsorów, wielokrotne wyważanie pozornie zamkniętych drzwi. Nikt nie wierzył praktycznie, że to wyjdzie, że z małego regionalnego spotkania modelarzy urodzi się coś tak wielkiego, o takim zasięgu i renomie.

W tym roku powstała oficjalna strona promująca festiwal, a  przy okazji promująca miasto Bytom.

Zapraszam : http://www.bytom-model-festiwal.pl/index.php?lang=pl




piątek, 1 marca 2013

Byle do poniedziałku.

Miałem pisać o modelarstwie, a tymczasem nie odparta chęć wylania tego co mi po głowie chodzi skłania mnie do dzielenia się swymi odczuciami w warstwach tak bardzo od modelarstwa, a takoż i innych moich zainteresowań oddalonych. Wszak jednak blog kierować się ma innymi zasadami, traktuję go jako......, no właśnie jako co ?.
Pamiętnik ? Chyba jednak nie, ktoś kto pamiętniki pisuje raczej skrywa je głęboko na szuflady dnie, bojąc się by światła dziennego raczyć nie ujrzały. A może próba wywołania dysputy, egocentryczna chęć skłonienia innych do przemyśleń w aspekcie samego siebie, choć z drugiej strony po co ?. Wszak to jak pchanie się z buciorami pomiędzy truskawki, jak wydzieranie się na środku jeziora, bojąc się jednocześnie, że ktoś ten ryk usłyszy. Nie cierpię piątków, uświadamiają mi, że kolejne parę dni minęło, o ile do godziny szesnastej jeszcze jakoś potrafię funkcjonować, o tyle później to istny horror.
Wsiadam o tej szesnastej w samochód, żegnam oczami .........
Byle do poniedziałku.
Przed chwilą widziałem Anioła, wszedł do mojego biura, zapytał czy pamiętam o wydrukach.
O wszystkim mogę zapomnieć, ale nie o ..............
Byle do poniedziałku.
Szczęściem jednego człowieka jest drugi człowiek - Jeana-Paul Sartre, wiele mądrych słów powiedział.
Pozwolę sobie jednak zdanie to dokończyć.

Szczęściem jednego człowieka jest drugi człowiek, a szczęściem innego jest ….... poniedziałek.

Byle do poniedziałku.

wtorek, 26 lutego 2013

Wzięło mnie na całego,

I znikąd ratunku.
Od dwóch miesięcy nic nie robię tylko siedzę i ...kleję, kleję zabawki w opinii innych.
Nie przypuszczałem, ze nawrót choroby będzie tak gwałtowny, a na dodatek choroba wróciła zupełnym przypadkiem. Owoż jakieś dwa miesiące temu z szafy w trakcie porządków wypadło mnie pudełko sygnowane logiem japońskiej firmy Tamiya. A w pudełku MERKAVA MK.1 skala 1:35. Model przeleżał  tam coś ok 10 lat. Zamiast walnąć tym od razu, schować głęboko i pod żadnym pozorem nie otwierać wsiadłem w samochód, pojechałem do najbliższego sklepu modelarskiego i uzupełniłem zapas farb, pędzli i całego tego tałatajstwa dla "cichych głupków". Parę dni spędziłem nad zgromadzeniem dokumentacji zdjęciowej, dobraniem barw, dokładnymi studiami w jakim malowaniu maszyna ta walczyła w Bejrucie.
Zrobiłem, pomalowałem, w gablotę wsadziłem i .... zaraz z następnego pudełka wytargałem kolejny model.
W ten oto sposób w przeciągu tego czasu kolekcja wzbogaciła się o parę nowych nabytków. Co gorsza, w pudełkach czeka jeszcze coś około czterdziestu śmigłowców, trochę "tanków", tak na oko coś ze sto modeli. Wolę ich nie liczyć. Na okoliczność zabawy tej przemeblowałem swoje miejsce na ziemi, znaczy modelarnię.Właściwie cały czas wolny ostatnio temu poświęcam zarywając noce, zarywając jakieś zaplanowane prace, ściemniając znajomych. Obiecałem kumpeli projekt kuchni, do dzisiaj leży odłogiem, znaczy nie kumpela a projekt.
Ufny jestem, że Ona nie trafi w to miejsce i nie pozna prawdy :), Ona znaczy kumpela, nie kuchnia.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że moje priorytety modelarskie uległy wypaczeniu i przewartościowaniu, wszak sezon lotniczy się zbliża, za jakieś dwa tygodnie przyjdzie czas ruszyć na lotnisko, a ja się bawię w plastiki. W sobotę wielka impreza, X Międzynarodowy Festiwal Modelarstwa redukcyjnego w Bytomiu   http://www.bytom-model-festiwal.pl/index.php?lang=pl, aż boję się tam jechać, z drugiej zaś strony będzie to wspaniała okazja popatrzeć jak czynią to inni.
Gwidon -  http://motylasty.pl/toto017a.html  nie ruszony leży od dwóch tygodni, udaję sam przed sobą, że coś przy nim robię, inne projekty "martwe", a obiecałem sobie na ten sezon parę nowych modeli.

Merkava mnie wyszła tak :



















Szlag by to trafił, nawet na teściową patrzę łaskawszym okiem, jakoś mnie to klejenie dziwnie uspokaja.
To normalnie jest lepsze i daje dużo więcej radości, niż malowanie ...... paznokci :)
Oki, ja tu gadu gadu , a T-72 sobie czeka na położenie podkładu.


poniedziałek, 25 lutego 2013

Stop szajs...bukowi



Dlaczego osobiście mnie nie ma na szajsbuku ?.


 

A dlaczego miałbym tam być. Nie powiem, byłem przez jakiś czas z czystej ciekawości. Czy coś zyskałem ?, a może straciłem ?. Ani jedno, ani drugie, więc bilans tego pomysłu wypadł zerowy, a skoro wartością dodaną przedsięwzięcia jest zero, więc wniosek nasuwa się sam. Portal społecznościowy, tak mi się wydaje w jakiś sposób powinien wpływać na zachowania, sposób postrzegania, odbiór innych a takoż i odbiór samego siebie, powinien w pewnych aspektach podnieść jakość życia, a przynajmniej takowe odczucia generować.  
W moim przypadku niczego takowego nie dane mi było zauważyć. Czyli czas temu poświęcony okazał się czasem straconym, zresztą w odczuciu moim nie tyczy to tylko facebooka ale i innych temu podobnych portali. Każdorazowe wejście gwarantowało mi sieczkę informacyjną, bo co do mnie kierowano ?.  

- Teledyski z youtooba, - sorry ale nie trafione
- Debilne quizy, no te chyba kierowane są do totalnych kretynów, a co mnie obchodzi jakim ja chcę być zwierzęciem, rośliną, jaka cecha jest moją dominującą i kiedy umrę. 
Potrzebne mi to jest jak rybie ręcznik.
- "Lajki" , a za przeproszeniem po kiego diabła mi informacje, że ktoś lubi play, inny bobo fruit, a jeszcze inny agencję turystyczną.
- Powiadomienia. Jak tylko skomentowałem czyjeś zdjęcie, to dostawałem powiadomienie 
o każdym następnym komentarzu. Absolutnie żadne relacje z tymi innymi komentującymi mnie nie łączyły i nie pojmuję dlaczego szajsbuk sądzi, że to może być dla mnie w jakikolwiek sposób interesujące.
- Sugestie znajomości. Czy fakt że znam Panią A, a Pani A zna Pana B już musi być kierowaną do mnie sugestią, by zaprosić do grona znajomych owego Pana B ?. Nic bardzie mylnego.

Cały ten facebook jest dla mnie jak pizza kupiona w lidlu podgrzana w mikroweli, jak słodzik
w miejscu cukru, jak dmuchana lalka z sekszopu ,  muzyka odtwarzana z Mp3, czy też życzenia urodzinowe wysłane z pomocą esemesa ( o czym  innym razem ).
Jeśli uważam kogoś za swego znajomego, za swego przyjaciela, jeśli podkochuję się dajmy na to w znajomej z pracy, to oni doskonale o tym wiedzą i nie widzę żadnego powodu by prowadzić licznik znajomych, upewniać się codziennie czy jeszcze jesteśmy kolegami, bo może ktoś akurat mnie skasował ze swego grona.
Choć nie powiem jestem pełen szacunku dla twórców tego zjawiska i tego portalu, tak samo jak jestem pełen podziwu dla tych dwudziestu dwóch uganiających się za piłką – oni faktycznie w sposób bardzo wymierny poprawiają standard własnego życia, natomiast nie pojmuje tych iluś setek tysięcy na trybunach, których tak to podnieca i płacą za to, nie istotne czy walutą czy własnym czasem.
Zastanawiam się co ludźmi kieruje by tam siedzieć.Czytają, śledzą podniecając się, że ten jest akurat w Wenecji, inny na Syberii , a jeszcze inny leci do Indii. A jednocześnie nie robią absolutnie nic, żeby ich własny byt, odczucia, ba nawet życie stało się odrobinę ciekawsze, 
co nie zawsze ma bezpośrednie połączenie z zasobami i stanem konta. 
Epatują  wokół sentencjami na temat wierności, przyjaźni, miłości, wartości , tęsknoty, zazwyczaj na tle ckliwych fotek podlinkowanych z odpowiednich portali, a nie dostrzegają, 
że gdzieś obok, bardzo blisko, w świecie realnym, być może jest ktoś, kto tak samo odczuwa, kto ma ten sam system wartości, kto tak samo tęskni. 
Wielu moich znajomych ma tam swoje konta i najciekawsze w tym wszystkim jest dla mnie to, że na całym tym szajsbuku kreują się często na kogoś innego. 
Wystarczy tylko wyłączyć ten cholerny komputer i się porozglądać, zdjąć klapki z oczu, zacząć patrzeć i słuchać. Wystarczy tylko odstawić ten słodzik, z dmuchanej baby z sekszopu spuścić powietrze, pizzę z lidla wyp... przez okno. Oczywista to co piszę to tylko moja opinia i pozostaje ona niejako w sprzeczności z faktem, że obok sam podaję linka do strony na szajsbuku. 
Ale nie  jest to link do  mojego konta, a tylko link do strony szajsbukowej na której razem z gronem przyjaciół próbujemy propagować nasze hobby. Można też dojść do wniosku, 
że czytanie i tworzenie bloga jest zajęciem równie jałowym jak szajsbukowanie. 
Oczywiście, z tym że wchodząc na jakiegokolwiek bloga robię to z własnej woli, sam dobieram sobie twórców, ich “dzieła” i tematy, a nie jestem atakowany w sposób nachalny, nie pcha mi się na siłę intelektualnej papki i całego steku pierdół przy okazji rzekomego mego działania na rzecz umocnienia więzi łączących mnie z innymi ludźmi.





czwartek, 21 lutego 2013

Tytułem wprowadzenie.

W szaleństwie swym zaszaleć postanowiłem i udostępniam tablicę wymiany myśli.
Myśli własnych jak i myśli obcych. Nie świadom tego co czynię uruchamiam bloga nie mając pojęcia o tym co mnie tu czeka. Wszak niczego człek nie może być pewnym, nawet tego, że niczego człek nie może być pewnym, a i tego nie może być pewnym.
Pierwszej, czy też pierwszemu który się tu odniesie solennie obiecuję coś obiecać.