M-113 APC firmy TAMIYA, stary, ale jary. Trochę fotek tego staruszka z budowy i gotowego.
Model robiłem prosto z pudełka.
M-113 APC firmy TAMIYA, stary, ale jary. Trochę fotek tego staruszka z budowy i gotowego.
Model robiłem prosto z pudełka.
Jako człowiek, który od lat siedzi amatorsko w modelarstwie
redukcyjnym i przez którego ręce przeszło sporo sprzętu
lakierniczego, chętnie wezmę ten aerograf na warsztat. Rynek
narzędzi dla modelarzy mocno się ostatnio ożywił, a Gaahleri
GHPM-Mobius 0.2 to jeden z tych modeli, które wywołały spore
zamieszanie, rzucając bezpośrednie wyzwanie rynkowym
gigantom.
Aerograf ten przeleżał u mnie w szufladce „ze
słodyczami” trochę czasu, w końcu go zacząłem używać.
Gaahleri w modelu Mobius postawiło na zaawansowane rozwiązania inżynieryjne, które zazwyczaj widujemy w znacznie droższych sprzętach. Wersja z dyszą 0.2 mm to czystej krwi narzędzie do detalu w sam raz do malowania skomplikowanych i ostrych kamuflaży na pancerce w skali 1:35, pre-shadingu czy punktowego operowania rzadszymi specyfikami (np. washami od AK Interactive).
Kluczowe cechy tego modelu:
Dysza Spiral MAC (Micro Air Channel): Specjalnie
zaprojektowana, wydłużona i "spiralna" dysza zapewnia
wyjątkowo stabilny przepływ powietrza i równą atomizację farby,
co pozwala
na precyzyjną pracę na bardzo niskim ciśnieniu.
Lustrzany kielich (Ultra Mirror Cup): Wnętrze zbiorniczka na
farbę jest wypolerowane
na gładkie lustro. To potężnie ułatwia
czyszczenie, co docenisz zwłaszcza wtedy, gdy często zmieniasz
chemię w trakcie jednej sesji – od agresywnych podkładów po
delikatniejsze akryle Tamiyi.
Kwadratowy spust (Square Lever): Przeprojektowany, bardziej ergonomiczny kształt spustu zmniejsza zmęczenie dłoni podczas dłuższych posiedzeń nad modelem i ułatwia wyczucie natrysku.
Otwarty tył (Cutaway Design): Korpus posiada wycięcia, które pozwalają na błyskawiczną regulację napięcia sprężyny igły bez konieczności rozkręcania całego aerografu.
Zawór precyzyjnej regulacji powietrza: Wersja 0.2 mm posiada
wbudowany na dole zawór ciśnienia. Pozwala on na płynną,
mechaniczną korektę przepływu powietrza "w locie",
co
bywa nieocenione przy drobnych detalach.
Kiedy odkładasz aerograf na stojak po długim malowaniu – a świetnie sprawdzają się tu własne, zaprojektowane w programie 3D i wydrukowane na domowej drukarce uchwyty – liczy się to, by sprzęt był zbalansowany i dobrze wykonany. Mobius w tej kwestii prezentuje bardzo wysoki poziom.
Porównywanie sprzętu za relatywnie niewielkie pieniądze z
prestiżową marką to zawsze wyzwanie,
ale Gaahleri broni się tutaj
wyjątkowo sprawnie. Iwatę (np. modele z serii Custom Micron,
High-Line czy Eclipse) powszechnie uważa się za absolutny, rynkowy
wzorzec.
Jak na ich tle wypada Mobius?
Cecha |
Gaahleri GHPM-Mobius 0.2 |
Iwata (np. seria High-Line / Custom Micron) |
|---|---|---|
Kultura
Pracy |
Gładki naciąg i świetna atomizacja. Nowy spust jest bardzo wygodny, choć część zaawansowanych użytkowników wyczuwa w Mobiusie minimalnie większy opór igły niż w najdroższych, topowych japońskich modelach. |
Słynie z niepodrabialnego, "maślanego" i perfekcyjnie gładkiego spustu oraz absolutnie bezbłędnej precyzji natrysku. |
Czyszczenie |
Błyskawiczne
i bezproblemowe ze |
Klasyczne, wymaga typowej, starannej opieki (choć jakość powłok jest bez zarzutu). |
Innowacyjność |
Wbudowany
zawór powietrza, regulacja sprężyny "od zewnątrz",
spiralna |
Tradycyjna, konserwatywna wręcz inżynieria sprawdzona przez dekady. Zawory precyzyjnej regulacji (MAC) są obecne tylko w droższych seriach. |
Stosunek Ceny do Jakości |
Wybitny.
Otrzymujesz innowacyjny |
Płacisz za legendarną niezawodność, doskonałą kontrolę jakości i materiały, które często służą bezawaryjnie przez całe dekady. |
Iwata to wciąż niekwestionowany król inżynieryjnej doskonałości i długowieczności – bezpieczny wybór dla purystów, którzy nie uznają kompromisów i dysponują większym budżetem. Z kolei Gaahleri Mobius 0.2 to fantastyczny koń roboczy, oferujący rewelacyjną powtarzalność i nowoczesne udogodnienia za bardzo rozsądne pieniądze. Pod kątem malowania finezyjnych detali, prowadzi się on o niebo lepiej niż tanie dalekowschodnie klony i zdecydowanie zadowoli modelarza o wysokich wymaganiach estetycznych.
Zastosowanie tego aerografu do "wykończeniówki" to strzał w dziesiątkę, szczególnie w projektach takich jak pancerka w skali 1:35, gdzie ostateczny realizm bryły zależy od najdrobniejszych, subtelnych niuansów.
Absolutna kontrola przy niskim ciśnieniu: Przy aplikowaniu mocno rozcieńczonych specyfików – na przykład emalii czy płynów pokroju produktów AK Interactive do tworzenia zacieków, rdzy czy punktowych washy – kluczowe jest, aby nie zalać detali i nie stworzyć tzw. pajęczynek. Wbudowany pod kielichem zawór powietrza pozwala na błyskawiczne "zdławienie" ciśnienia roboczego. W połączeniu z dyszą spiralną MAC, aerograf perfekcyjnie atomizuje ciecz nawet przy minimalnym przepływie, pozwalając na kontrolowane nakładanie śladów eksploatacji czy okopceń wokół rur wydechowych.
Subtelny Post-shading i filtry: Korygowanie i tonowanie kontrastów kamuflażu wymaga operowania transparentnymi mgiełkami (często z mocno rozcieńczonych farb akrylowych, np. Tamiya). Mobius 0.2 kładzie farbę bardzo miękko i równomiernie. Ułatwia to precyzyjne rozjaśnianie środków paneli pancerza lub nakładanie cienkich warstw kurzu w dolnych partiach kadłuba, bez ryzyka odkurzu na sąsiednich elementach.
Żonglowanie specyfikami: Etap wykończeń charakteryzuje się bardzo częstymi zmianami używanej chemii. Raz w kielichu ląduje rzadki wash, za chwilę werniks, a potem farba do detali. Lustrzane wykończenie wnętrza zbiorniczka (Ultra Mirror Cup) pozwala na szybkie wypłukanie resztek zaledwie kilkoma kroplami cleanera, co niesamowicie przyspiesza pracę i zapobiega mieszaniu się kolorów przy zmianie medium.
Czułość spustu przy detalach: Dzięki otwartemu tyłowi rękojeści, można na bieżąco korygować napięcie sprężyny igły. Utwardzenie skoku spustu na samym końcu procesu malarskiego daje pewniejszą rękę przy najtrudniejszych zadaniach – takich jak malowanie drobnych rys, krawędziowych przetarć do gołego metalu, czy "biedronki" z farb olejnych.
Zastosowanie dyszy 0.2 mm stricte jako narzędzia "chirurgicznego" do zamykania projektów pozwala wycisnąć z Mobiusa to, co ma najlepsze do zaoferowania. Przy procesach brudzenia i ostatecznego cieniowania, ten model staje się przedłużeniem dłoni, pozwalając skupić się na warstwie plastycznej bez frustrowania się kaprysami sprzętu.
W tej chwili jest to w mojej kolekcji „pistoletów” pozycja na
samym topie.
Na ostatniej fotografii aktualny inwentarz,
którego używam na co dzień.
Lightweight Headband Magnifier with 4 Lenses (kod: T14001). Po pierwszych testach bojowych powiem krótko – robi robotę.
Za bardzo przyzwoite pieniądze (w MojeHobby to wydatek rzędu 63
zł) Vallejo dorzuca nam zestaw, który jest w zasadzie wszystkim,
czego potrzebujemy do dłubaniny przy pancerce. Zamiast jednej,
z
definicji "uniwersalnej" (czyli do niczego) soczewki, mamy
tu system oparty na czterech wymiennych szkłach:
1.6x – Soczewka idealna do ogólnego ogarnięcia bryły, nakładania podkładu i wstępnego cieniowania (preshadingu) aerografem.
2.0x – Mój absolutny faworyt do brudzenia. Kiedy
robisz odpryski metodą "na gąbkę" albo kładziesz
biedronkę z olei, dokładnie widzisz obszar roboczy i wiesz, gdzie
kończy się realizm,
a zaczyna radosna twórczość.
2.5x i 3.5x – Tryb "mikroskop".
Zarezerwowany do malowania źrenic u figurek czołgistów albo
wyginania mikroskopijnych elementów z blaszek (które i tak potem
często lądują na podłodze,
ale przynajmniej teraz dobrze widzę,
jak mi uciekają z pęsety).
Największy plus tej lupy leży w jej nazwie. Lightweight
nie wzięło się znikąd – całość waży zaledwie około 160
gramów. Konstrukcja to po prostu minimalistyczna, elastyczna ramka.
Kto spędził kiedyś jednorazowo trzy godziny nad składaniem
pojedynczych ogniwek gąsienic ten wie, że ciężki sprzęt
na
głowie to katorga dla karku. Tutaj po prostu zapominasz, że masz
coś założone.
Wizjer z soczewką umieszczony jest na regulowanym zawiasie. To
banalnie proste, ale kluczowe rozwiązanie – jednym ruchem
odchylasz szkło do góry, kiedy musisz zerknąć na projekt 3D
w
komputerze, sprawdzić referencje historyczne, albo po prostu napić
się kawy.
Jeśli Twój warsztat to połączenie klasycznego modelarstwa,
precyzyjnego malowania i milimetrowych waloryzacji, to narzędzie po
prostu musi nadążać za Twoimi oczami. Vallejo T14001 to sprzęt,
który nie przeszkadza w pracy, ratuje wzrok i pozwala wyciągnąć
maksimum detalu z każdej "trzydziestki piątki". W
budżecie do 100 zł trudno o lepszą inwestycję w komfort klejenia.
Wasze oczy (i Wasze modele) Wam podziękują.
Choć gąsienice i wieże czołgów to jedno, to w moim warsztacie
równie często ląduje depron.
Przy budowie kolejnego motoszybowca z
autorskiej serii ToTo, zawsze przychodzi ten moment,
w którym
rzucamy nożyk tapicerski i musimy zająć się precyzyjną
elektroniką. I tu znowu lupa Vallejo pokazuje pazur. O ile samo
wycinanie wręg nie wymaga mikroskopu, o tyle już lutowanie wtyczek
o mikroserw czy przedłużanie cienkich przewodów sygnałowych –
zdecydowanie tak.
Przy zastosowaniu soczewek 2.5x lub 3.5x kontrola punktów
lutowniczych na mikroskopijnych płytkach czy stykach zasilania to
czysta przyjemność. Dokładnie widać, czy cyna dobrze rozlała
się
po padzie i czy przypadkiem nie zrobiliśmy zimnego lutu, który
mógłby kosztować utratę modelu
w powietrzu. Lupę doceniłem też
przy dłubaniu w samych nadajnikach – niezależnie czy akurat
serwisowałem wnętrze Multiplexa, czy sprawdzałem styki w JR.
Odchylasz wizjer, lutujesz, opuszczasz, żeby skontrolować spoinę –
wszystko płynnie, bez bólu karku i bez mrużenia oczu.
Polecam z czystym sumieniem.
Czołgiem modelarska braci! Słuchajcie, jak się od lat lepi pancerkę w 1:35 i wiatraki czy rury (samoloty), to przez warsztat przechodzą setki słoiczków i buteleczek. Tamiya, puszeczki starych emalii Humbrola, czy „kroplomierze” Vallejo i AK Interactive – wszystko to ma jedną wspólną, irytującą cechę: pigment z czasem opada na dno jak cement, a na górze zostaje sam nośnik. Ile to już wykałaczek, starych pędzli i metalowych szpachelek w życiu pogiąłem na rozbijaniu tego gluta na dnie...
Niedawno na mój blat trafiło elektryczne mieszadełko Trumpeter 09920 (z serii Master Tools). Przetestowałem to ustrojstwo i zapraszam więc na krótką recenzję okiem praktyka.
Sprzęt przychodzi w prostym blistrze. Jest to bardzo zgrabny
kawałek plastikowego chwytu
z wbudowanym silniczkiem oraz prętem ze
stali nierdzewnej, zakończonym profilowaną, nacinaną „koronką”
służącą do rozbijania farby. Urządzenie zasilane jest dwoma
zwykłymi bateriami AA (tzw. paluszkami, których w zestawie nie ma).
Włącznik to klasyczny, plastikowy suwak na boku obudowy. Brak tu
jakiejkolwiek regulacji obrotów – sprzęt działa zero-jedynkowo:
albo stoi, albo kręci się na pełnych obrotach.
Urządzenie chrzest bojowy przeszło w słoiczku 10 ml od Tamiyi
(Tamiya Acrylic) i Humbrola.
Powiem Wam – rewelacja. Mieszadło
wchodzi swobodnie do słoiczka i w 10–15 sekund robi z
rozwarstwionej, starej farby idealne, jednorodne mleko prosto pod
aero. Z emaliami Humbrola i Revella w puszkach, które leżały u
mnie kilka lat i zamieniły się w skałę podlaną olejem, też daje
sobie świetnie radę, omijając konieczność ręcznego "dziabania".
Schody i nerwy zaczynają się, gdy chcemy wymieszać akryle z
Hiszpanii (Ammo by Mig, Vallejo,
AK Interactive) w typowych
buteleczkach 17 ml z zakraplaczem ("dropper bottles").
Ogromna oszczędność czasu: Koniec z trzepaniem słoiczkiem przez 5 minut (nawet wrzucenie kulek łożyskowych ze stali nierdzewnej nie zawsze dawało radę starym farbom). Wrzucasz mieszadło i masz pewność, że na dnie nie został gęsty pigment. Do precyzyjnego malowania aero (np. przy preshadingu), gdzie idealna proporcja i gęstość farby to podstawa, jest to narzędzie bardzo przydatne.
Banalne czyszczenie: Ja wyciągając kręcące się
mieszadełko ze słoiczka zwalniam ruch, żeby siła odśrodkowa
zrzuciła farbę wewnątrz słoiczka. Następnie od razu wkładam
końcówkę
do starego słoika po dżemie, w którym trzymam
"brudny" Wamod albo Leveling Thinner, uruchamiam na 2-3
sekundy i metalowy pręcik jest krystalicznie czysty.
Odporność materiałów: Pręcik ze stali nierdzewnej nie wchodzi w reakcję z agresywną celulozą ani żadnymi rozcieńczalnikami na bazie zmywaczy.
Zbyt gruba końcówka! To największa wada, szeroko
komentowana na forach modelarskich. Metalowa koronka mieszająca od
Trumpetera jest dosłownie o ułamek milimetra za szeroka,
by
przejść przez szyjkę buteleczek z zakraplaczem
(Vallejo/AK/Ammo/SMS). Rozwiązanie? Wielu z nas bierze w
dłoń Proxxona czy Dremela i po prostu delikatnie zeszlifowuje
krawędzie końcówki, aż wejdzie. Narzędzie wciąż działa
poprawnie, ale niesmak po stronie projektantów zostaje.
Brak potencjometru / regulacji obrotów: Mieszadełko ma tylko jedne obroty i kręci bardzo szybko. Przy pełnym po brzegi słoiczku istnieje spore ryzyko wychlapania farby na matę do cięcia. Poza tym przy małych, blaszanych puszkach Revella, trzeba je mocno trzymać w palcach – inaczej puszka zacznie Wam wirować razem z mieszadłem.
Toporny włącznik: Wsuwany pstryczek wymaga użycia nieco siły. Idealny w takim sprzęcie byłby włącznik typu „push” na samym czubku (wciskasz palcem wskazującym – działa, puszczasz – staje w miejscu).
Brak momentu obrotowego w skrajnym "glucie":
Przy bardzo gęstych maziach
(np. gdy na dnie farba zamieniła się
niemal w gumę) silniczek zaczyna mocno zwalniać i widać, że
brakuje mu trochę siły.
Czy warto położyć na to narzędzie koło 35-40 złotych?
Na polskich i zagranicznych forach modelarskich przy tematach o mieszaniu farb zazwyczaj jako pierwszy pada argument: "A po co? Przecież spieniacz do mleka z Ikei za 7 złotych z uciętą sprężynką robi to samo!". I jest w tym sporo prawdy, sporo z nas tak zaczynało. Jednak Trumpeter 09920 to rozwiązanie sztywniejsze, gotowe z pudełka (jeśli nie używamy buteleczek Vallejo) i znacznie mniej "bijące" na boki niż tanie spieniacze do kawy.
Ostatecznie: Jeśli twój arsenał to w większości farby
w słoiczkach (Tamiya, Gunze, AK Real Colors, Tamiya Enamel, mr.
Paint) – jest to sprzęt, który zdecydowanie ułatwi Ci życie.
Gwarantuje idealnie roztarty pigment, co przy malowaniu subtelnego
cieniowania w skali 1:35 jest absolutnie kluczowe.
Jeśli jednak
malujesz wyłącznie hiszpańskimi akrylami z "kroplomierza",
z miejsca przygotuj się na tuning metalowej końcówki
mini-szlifierką.
Dla mnie, mimo drobnych wad projektowych, urządzenie jest na
stałe podpięte do stanowiska
i zapomniałem już o ręcznym
dłubaniu w farbach.
Polecam z czystym sumieniem.
Werdykt dla skali 1:35
Czy warto? Opinia społeczności modelarskiej jest tutaj niemal jednogłośna: Tak, ale jako wsparcie,
a nie główne narzędzie.
Real Colors Markers od AK Interactive nie zrewolucjonizują Twojego warsztatu i absolutnie nie zastąpią dobrego aerografu i kompresora. Są jednak fantastycznym "narzędziem taktycznym".
Jeśli zależy Ci na czasie i irytuje Cię rozrabianie kropelki farby tylko po to, by pomalować gumy
na kołach nośnych, trzonki narzędzi czy zrobić kilka odprysków na włazie dowódcy – te markery sprawdzą się w 100%.
Warto kupić 3-4 podstawowe kolory (np. guma, stal/gunmetal, drewno, kolor bazowy Twojej ulubionej armii do wyprawek) i trzymać je pod ręką. Zdecydowanie ułatwiają i przyspieszają ten najbardziej żmudny etap wykończeniówki, zanim wejdziesz z ciężkim weatheringiem.
Jako człowiek, który z niejednego słoiczka farbę pił i spędził przy matach samogojących całe dekady, wstawiłem na warsztat zestaw AK Interactive 11621 Flesh and Skin Colors 3G. Czasami jakiegoś "ludzika" wkładam do włazu "tanka" i stąd przy okazji tegorocznego bytomskiego festiwalu z pustymi ręcami nie wróciłem, kilka dukatów wydałem.
Znamy dobrze chemię tej marki choćby z prac przy pancerce czy dioramach w 1:35, ale malowanie figurek – zwłaszcza ludzkiej skóry – rządzi się swoimi, bezlitosnymi prawami.
Trzecia Generacja: Rewolucja na palecie
Formuła 3rd Generation (3G) od AK to nie jest tylko chwyt marketingowy. W świecie malarzy figurkowych ten akryl zrobił spore zamieszanie. Zastosowana tu żywiczna baza sprawia, że farby
te zachowują się na włosiu znacznie przewidywalniej niż klasyczne "winylówki", eliminując wiele problemów z zasychaniem na obiekcie w trakcie precyzyjnego smyrania pędzlem.
Co kryje zestaw AK11621?
Zestaw ten to kompletny arsenał do wyprowadzania odcieni ludzkiej skóry – od bladych, zmęczonych twarzy rekrutów, po ogorzałych słońcem weteranów. Znajdziemy w nim zazwyczaj paletę idealnie skomponowaną pod technikę warstwowania (layering).
Współpraca z aerografem
Choć zestaw jest stworzony pod precyzyjny pędzel, po odpowiednim potraktowaniu dedykowanym rozcieńczalnikiem (AK 3rd Gen Thinner) wyśmienicie współpracuje z aerografem. To idealna sprawa, gdy chcemy nałożyć równą bazę i wyznaczyć wstępny zenitalny światłocień (zenithal highlight)
na większych powierzchniach skóry lub popiersiach, przed przejściem do detali.
Zestawienie: Wady i zalety
Farby te cechują następującymi właściwościami :
Jeżeli stawiasz na absolutny realizm i chcesz wyciągnąć maksimum ekspresji z żywicznych lub wtryskowych głów swoich załogantów, AK11621 to obecnie ścisła czołówka na rynku akryli. Konkurencja ma swoje kultowe odpowiedniki, ale mat, krycie i stabilność Trzeciej Generacji sprawiają, że budowanie gładkich przejść tonalnych staje się procesem niezwykle kontrolowanym.
To potężne narzędzie, które w rękach świadomego modelarza pozwala tchnąć w figurki prawdziwe życie. Zdecydowanie polecam dołączenie tego kompletu do warsztatowej szuflady.
Skoro już mamy otwarty warsztat i rozrobione farby na palecie, rozłóżmy ten zestaw na czynniki pierwsze. Kiedy obsadzasz włazy swoich czołgów i pancerki załogantami w 1:35, te kilka milimetrów kwadratowych twarzy robi całą robotę. Żeby "ludzik" nie wyglądał jak woskowa lalka,
musisz operować odpowiednim kontrastem, a paleta z zestawu AK11621 jest skomponowana idealnie pod taką wielowarstwową, rzeźbiarską pracę pędzlem.
Zestaw tworzy logiczny ciąg technologiczny, tzw. triadę (z rozszerzeniami), która prowadzi Cię za rękę od najgłębszego cienia po najostrzejsze światło. Oto jak rozkłada się charakterystyka i mechanika tych kolorów na mokrej palecie:
1. Kolory Bazowe (Flesh Base)
To Twój punkt wyjścia i fundament. Odcienie bazowe w tym zestawie mają idealnie zbalansowaną, neutralną tonację ludzkiej skóry. Nie są ani zbyt "świnkowo-różowe", ani chorobliwie żółte, co w tańszych farbach bywa zmorą.
• Zastosowanie: Kładziesz to jako pierwszą, solidną warstwę (najlepiej na szary lub czarno-biały podkład zenitalny). Baza Trzeciej Generacji świetnie kryje, co pozwala szybko ustalić ogólny ton karnacji żołnierza bez zalewania detali rzeźby.
2. Cienie (Shadow / Dark Shadow)
To tutaj budujesz dramatyzm i osadzasz twarz w brutalnych realiach pola walki. AK postawiło na tony ziemiste, wpadające nieco w ciepłe, zgaszone brązy, a w najciemniejszych partiach subtelnie wpadające w fiolet/bordo.
• Zastosowanie: Rozcieńczasz je mocniej (do konsystencji brudnej wody) i wpuszczasz w zakamarki: pod linię hełmu lub furażerki, w oczodoły, pod kości policzkowe, pod dolną wargę i na linię żuchwy.
W skali 1:35 musisz minimalnie przerysować te cienie, żeby rysy twarzy były czytelnie odcięte od bryły, gdy model stoi na półce.
3. Rozjaśnienia (Light Flesh / Highlight)
Skrajnie jasne odcienie, które w słoiczku mogą wydawać się wręcz białawe lub kościosłoniowe,
ale po wyschnięciu zachowują tę niezbędną kroplę "cielistości".
• Zastosowanie: Służą do wyciągania detali i wolumetrii. Aplikujesz je punktowo na najwyższe partie anatomii: grzbiet nosa, łuki brwiowe, szczyty kości policzkowych i czubek brody. Dzięki ekstremalnemu matowi żywicy 3G, te rozjaśnienia się nie świecą, dając genialny efekt naturalnej, suchej i matowej skóry wystawionej na ostre słońce.
4. Tony Ożywiające (Reddish/Glaze Tones)
Dobra paleta do inkarnacji zawsze posiada odcień przełamany głęboką czerwienią lub ciepłym różem, który służy do przełamywania monotonii.
• Zastosowanie: To jest ten warsztatowy "sekretny składnik", który sprawia, że plastik zaczyna oddychać. Używasz go jako ekstremalnie rzadkiego laserunku (glaze'a). Delikatnie "smyrasz" nim policzki, nos (szczególnie u weteranów na froncie wschodnim, smaganych wiatrem i mrozem),
knykcie dłoni zaciśniętych na włazie i dolną wargę. To przywraca krążenie krwi pod namalowaną warstwą.
Pytasz o rozcieńczalnik... Słuchajcie, to jest pytanie, które na forach modelarskich wywołało więcej wojen i banów niż wszystkie dyskusje o właściwym odcieniu niemieckiej szarości pancernej razem wzięte.
Z farbami AK 3rd Generation – a to właśnie ta chemia siedzi w słoiczkach zestawu AK11621 – sprawa wygląda tak, że ta nowa żywiczna baza nie wybacza radosnej twórczości młodego chemika.
Oto co konkretnie musisz postawić na blacie:
Jeśli musisz farbę mocniej rozbić, potrzebujesz wydłużyć jej czas schnięcia (bo na czubku cienkiego pędzla potrafi złapać w ułamek sekundy) albo chcesz przepuścić bazę przez aerograf, to na stół wjeżdża tylko jeden, słuszny zawodnik:
AK Interactive 3rd Generation Thinner (kod: AK11500)
To jest dedykowany specyfik, który nie łamie struktury tej żywicy. Kiedyś, w czasach modelarskiej młodości, byłem cwaniakiem, chciałem przycebulić i lałem do akryli różne warsztatowe wynalazki: wódkę, płyn do szyb, zmywacz do paznokci. Efekt? Farba ścinała się w aerografie w gluta przypominającego zepsuty twaróg, a zeskrobywanie tego z igły zajmowało mi więcej czasu,
niż zaprojektowanie w 3D i wydrukowanie całego stojaka do malowania modeli. Bierz AK11500.
Jedna butelka starczy Ci na lata robienia twarzy.
Pamiętaj o jednym – jeśli operujesz pędzlem na mokrej palecie (a przy figurkach w 1:35 inaczej się nie da, jeśli to ma wyglądać ludzko), głównym rozcieńczalnikiem jest... zwykła woda. Taka z kranu, ewentualnie demineralizowana, jeśli masz u siebie w rurach sam kamień. Kropelka wody genialnie upłynnia ten akryl i pozwala budować te wszystkie niesamowite, półprzezroczyste cienie pod oczami.
3. Tego unikaj jak ognia!
Wszelkie "Leveling Thinnery" (np. żółta nakrętka od Mr. Hobby) – kochamy je do lakierów i podkładów, ale te akryle od AK po prostu się w nich zwarzą.
Nitro, spirytus, zmywacze WAMOD – to służy wyłącznie do brutalnego czyszczenia sprzętu na koniec dnia, chyba że masz fantazję stopić swojemu figurantowi plastikową twarz.
Słowo z warsztatu na koniec.
Kluczem do sukcesu z kolorami z tego zestawu jest praca na półprzezroczystych warstwach.
Nigdy nie kładź ekstremalnych cieni i świateł bezpośrednio ze słoiczka obok siebie. Zawsze mieszaj na palecie kolor bazowy z cieniem oraz bazowy z rozjaśnieniem, budując płynne mosty tonalne.
Akryle z serii 3G od AK Interactive wybaczają bardzo wiele, ale zdecydowanie kochają mokrą paletę i precyzyjną pracę warstwami!. Figurkowcem jestem raczej marnym, albo mi te "gnidy" wychodzą zezowate, albo uśmiechnięte, ale ten zestaw to był strzał w dziesiątkę.
Kiedy masz już ogarnięty temat podkładu i przyczepności, można przejść do właściwego malowania.
I tu na scenę wkracza zestaw AK Interactive AK 557 Tracks & Wheels.
Z punktu widzenia warsztatu 1:35, malowanie układu jezdnego – czy to w klasycznym T-54,
czy w zachodnich konstrukcjach – to zawsze żmudny proces. Zamiast tracić czas na mieszanie idealnego "gumowego czarnego" z podstawowych kolorów, wielu modelarzy sięga po gotowce.
Ten konkretny zestaw AK (choć powoli wypierany z rynku przez nowszą generację farb 3Gen)
to klasyk, który wciąż zalega w wielu modelarskich szafkach.
Oto spojrzenie na to, co kryje to pudełko i jak wyciągnąć z niego maksimum możliwości.
Co znajdziemy w środku?
Zestaw składa się z 6 buteleczek o pojemności 17 ml z zakraplaczem. Są to farby akrylowe:
Zalety:
To zestaw kompletny pod względem tonacji. Kolory są dobrane perfekcyjnie – od bazy, przez detale (guma), aż po pierwsze etapy weatheringu. Mając zmontowane długie gąsienice (szczególnie te pracujące), wrzucenie ich na własnoręcznie zaprojektowany w SketchUpie i wydrukowany z żywicy stojak malarski niesamowicie ułatwia pracę. Wtedy wystarczy naładować aerograf kolejnymi kolorami z tego zestawu i malować bez brudzenia rąk.
Wady:
Jest to starsza generacja akryli AK (nie mylić z najnowszą serią 3Gen z czarnymi nakrętkami, która ma poprawioną formułę). Wymagają one nieco uwagi przy malowaniu aerografem – lubią przysychać na iglicy przy zbyt dużym ciśnieniu. Warto je dobrze rozcieńczyć dedykowanym thinnerem AK i dodać kropelkę opóźniacza (retardera). Jeśli chodzi o malowanie pędzlem detali (np. bandaży kół),
farba z zestawu AK 557 może wymagać kilku bardzo cienkich warstw, by nie zostawić smug.
Opis zastosowania – Krok po Kroku
Jak wykorzystać ten zestaw w wieloetapowym procesie wykańczania układu jezdnego?
Uwaga: To są akryle. Zrobią doskonałą "kolorystyczną bazę", ale nie stworzą struktury przestrzennej. Prawdziwe, grube błoto czy przestrzenny kurz zrobisz na kolejnym etapie, używając specyfików emaliowych (np. z serii AK Enamel) i suchych pigmentów wcieranych w model.
Zestaw AK 557 to bardzo logicznie poukładana paleta. Zamiast otwierać dziesięć słoiczków z różnych parafii, masz wszystko pod ręką do stworzenia przekonującego, stalowo-gumowo-brudnego fundamentu pod ostateczny weathering układu jezdnego.
Polecam z czystym sumieniem.
Z cyklu "muszę to mieć", zakupiłem już dość dawno zaraz po tym jak pojawił się ten specyfik w ofercie Tamiyi jakiś rok temu i .... jestem bardzo zadowolony. Wreszcie mogę coś o nim napisać.
Każdy, kto zajmuje się pancerką, wie, że łączenie różnych materiałów to chleb powszedni. Czasami na warsztacie ląduje klasyk w rodzaju T-54, gdzie obok standardowego polistyrenu pojawiają się gumowe lub winylowe gąsienice, miękkie wężyki, wszechobecne polycapy czy nawet detale z elastycznych żywic z drukarki 3D. Tu właśnie wkracza Tamiya 87152 Primer for Nylon & Polipropylene.
Czym jest Tamiya 87152?
To specjalistyczny, płynny podkład, stworzony wyłącznie po to, by rozwiązać jeden z największych koszmarów modelarza: brak przyczepności farby do tworzyw o niskiej energii powierzchniowej.
Zwykły surfacer czy podkład akrylowy łuszczy się z nylonu, polipropylenu (PP) czy polietylenu (PE) przy najmniejszym wygięciu. Tamiya 87152 działa jak agresywny promotor adhezji – wżera się w mikropory elastycznych plastików, tworząc stabilną bazę pod właściwe malowanie z użyciem aerografu lub pędzla.
Zalety:
Zwiększona przyczepność: Koniec z odpryskującą farbą z "gumisiów" (winylowych gąsienic) podczas zakładania ich na koła napędowe.
Wielozadaniowość: Świetnie sprawdza się nie tylko przy fabrycznych winylach, ale też przy elementach drukowanych w 3D z żywic typu flex lub tough, które bywają oporne na standardowe podkłady.
Wady:
Agresywna chemia: Śmierdzi. To produkt na bazie mocnych rozpuszczalników, więc dobra wentylacja warsztatu to podstawa.
To nie jest surfacer: Ten primer nie wypełnia rys i nie wyrównuje powierzchni. Jest przezroczysty / półprzezroczysty i służy wyłącznie jako warstwa sczepna. Po wyschnięciu daje błyszczącą powierzchnię. Na niego i tak musisz położyć właściwy podkład (np. szary Tamiya Surface Primer lub Mr. Surfacer) albo bezpośrednio farbę bazową.
Kiedy przygotowujesz się do wieloetapowego malowania i weatheringu, ten primer wymaga nieco innego traktowania niż klasyczne podkłady.
1. Odtłuszczanie (Absolutny fundament) Elastyczne
gąsienice i polycapy prosto z pudła są często pokryte tłustym
środkiem antyadhezyjnym z form wtryskowych. Umycie ich w letniej
wodzie z płynem do naczyń (lub delikatne przetarcie zmywaczem
wamodu/benzyną ekstrakcyjną, jeśli tworzywo na to pozwala) to krok
zerowy. Jeśli pominiesz ten etap, Tamiya 87152 zamknie brud pod
spodem,
a farba i tak zejdzie.
2. Stabilizacja elementów Zanim zaczniesz, zamocuj wiotkie elementy. Wrzucenie długich gąsienic czy małych, elastycznych wężyków na dedykowany stojak malarski bardzo ułatwia sprawę – unikniesz dotykania palcami powierzchni zaraz po nałożeniu chemii.
3. Aplikacja
4. Schnięcie i kolejne warstwy Odczekaj kilkanaście do kilkudziesięciu minut. Tworzywo zrobi się lekko matowe/tępe w dotyku. Teraz możesz bezpiecznie załadować aerograf właściwym podkładem (np. tlenkowym podkładem pod czołg) i kontynuować standardowe techniki – nakładać bazy akrylowe, lakiery bezbarwne, a potem filtry, washe i pigmenty.
Dla modelarza budującego pancerkę 1:35, Tamiya 87152 to specyfik
z kategorii "nie używam codziennie, ale jak trzeba, to
ratuje życie". Znacznie ułatwia proces malowania pojazdów,
w których gąsienice lub osłony jarzma działa są odlane z
problematycznych, elastycznych polimerów.
To doskonałe uzupełnienie
warsztatu obok tradycyjnych surfacerów, pozwalające uniknąć
frustracji na końcowych etapach brudzenia modelu.
Podczas prac nad „Syryjczykiem” (T-54 w malowaniu armii syryjskiej) zrezygnowałem z dołączonych do zestawu gąsienic winylowych (tzw. „gumisiów”) na rzecz aftermarketowych ogniwek wtryskowych. Celem było uzyskanie bardziej realistycznego detalu oraz naturalnego ułożenia i zwisu (tzw. saggingu).
Mój wybór padł na zestaw firmy MiniArt (nr kat. 37048),
dedykowany do rodziny czołgów :
T-54/T-55/T-62. Jakość wyprasek
pozytywnie zaskakuje – odlewy są ostre, a po wycięciu z ramek
ślady po wypychaczach i szwy podziału formy wymagały jedynie
minimalnej obróbki kosmetycznej skalpelem i materiałem ściernym.
Schemat montażu na rewersie pudełka jest czytelny i w zupełności
wystarczający.
Samo składanie przebiegło bezproblemowo, ogniwa cechują się
świetnym spasowaniem.
Metodyka montażu wyglądała następująco:
najpierw połączyłem ogniwa „na sucho”, uformowałem
z nich
pasy bezpośrednio na układzie jezdnym modelu, ustalając odpowiedni
naciąg, a następnie punktowo „złapałem” kluczowe miejsca
klejem cyjanoakrylowym (CA). W kolejnym kroku, pracując partiami,
zapuszczałem łączenia penetrującym klejem do polistyrenu (Tamiya
Extra Thin), w pełni wykorzystując zjawisko kapilarne.
Przed etapem malarskim zmontowane taśmy gąsienic zostały
odtłuszczone w płynie do naczyń i dokładnie osuszone. Jako
podkład zastosowałem szary Tamiya Liquid Surface Primer (87075),
który dał solidną bazę pod kolejne warstwy.
Warstwa bazowa to akryl Tamiya XF-52 (Flat Earth). Aby uniknąć
monotonii jednorodnego koloru i zróżnicować powierzchnię (tzw.
mottling), naniosłem miejscowo nieregularne plamy mieszanki
XF-52
z XF-64 (Red Brown). Kolejnym etapem była symulacja przetarć
i polerowania metalu w punktach styku z podłożem, bandażami kół
nośnych i zębami kół napędowych. Użyłem tu klasycznej techniki
suchego pędzla (drybrush), aplikując Tamiya XF-56 (Metallic
Grey), a w najbardziej wyeksponowanych miejscach rozjaśniając go
Tamiya X-11 (Chrome Silver). Efekt nagiej, wypolerowanej stali na
grzebieniach i krawędziach podbiłem dodatkowo miękkim ołówkiem
grafitowym oraz metalicznym pigmentem z palety AK Interactive.
Całość zabezpieczyłem warstwą lakieru błyszczącego
(sprawdzony w bojach Sidolux), tworząc idealnie gładką
powierzchnię pod wash. Do podkreślenia detali przestrzennych
i nadania głębi (pin wash) wykorzystałem emalie Tamiya
Panel Line Accent Color w odcieniach Black oraz Dark Brown.
Nadmiar
usunąłem patyczkami higienicznymi, a w przygotowaną powierzchnię
wtarłem kompozycję pigmentów MIG-a w odcieniach ziemistych,
szarych i brązowych. Całość utrwaliłem i zblendowałem
za pomocą
White Spiritu.
Na sam koniec powierzchnia została zunifikowana satynowym
werniksem Humbrola, po czym zwaloryzowane gąsienice ostatecznie
trafiły na układ jezdny modelu.
Jak wyszło? Ocenę pozostawiam kolegom po fachu.