piątek, 29 maja 2026

Altanka

 Po prostu aaaaa...ltanka.




Czy mamy tu kogoś z Tarnowskich Gór? Nie? To dobrze, bo musimy porozmawiać o naszym lokalnym Trójkącie Bermudzkim.

Zna ktoś to miejsce w parku miejskim? Oś: Altanka – Domek Baby Jagi – Grzybek. Gęsty drzewostan. Istny Matrix. Miejsce, gdzie załamuje się czas, a prawa fizyki idą na L4. Poważnie.
W tym trójkącie giną okręty, samoloty, potężne jachty oceaniczne... Skąd wiem? Bo nikt nigdy tam żadnego jachtu ani samolotu nie widział! Dowód ostateczny.

Zamiast wraków statków, z pofalowanej murawy wynurzają się inne artefakty. Zgniecione puszki po Tyskim. Puste butelki po tanich winach. A dlaczego tanie wina są dobre? Odpowiedź jest prosta, proszę państwa: bo są tanie. I dobre. A to doskonały stosunek jakości do ceny. Posiadają też atest Polskiego Towarzystwa Patologicznego i certyfikat 500 PLUS. Takie "donperiniony".

Ten rejon to jest absolutne skrzyżowanie głównych szlaków handlowo-turystycznych. Taki lokalny Jedwabny Szlak. Z jednej strony trasa Noclegownia – Dom Pomocy Społecznej. Z drugiej: Biedronka – Lidl. Kogo tam nie spotkasz... Czasem w krzaki wpadnie pies z kulawą nogą. Zaraz za nim drące się „bąbelki” uciekające przed matkami na skraju załamania nerwowego. Czasem minie cię zagubiony emeryt z całym ciężarem ZUS-u na plecach, a czasem biznesmen, który po pożyczce we frankach szuka w tym parku... no cóż, solidnej gałęzi i pyta, czy masz pożyczyć stołek.

I nad tym wszystkim, proszę państwa, góruje ONA. Altanka. Punkt widokowy. Z której wszystko widać, i którą – uwaga, niespodzianka – z dołu też widać.

I mnie, naiwnemu, przyszło umiejscowić tę altankę na makiecie. Skala H0.

Szykowałem się do tej misji jak na wojnę. Wsiadłem w mój rydwan. Uzbrojenie: aparat, miarka budowlana i – tajna broń – metr krawiecki. Do tego wziąłem porządny kij do odganiania się od wilków... i kask. Dlaczego kask? Bo niedaleko jest kort tenisowy dla lokalnej elity. Co jakiś czas, z prędkością dźwięku, przez krzaki przelatuje zaginiona, żółta piłka i tnie nieboskłon niczym meteoryt. Trzeba uważać.

Wspinaczka pod altankę nie była długa, ale wymagała aklimatyzacji. Dwa przystanki. W obozie górnym założyłem bazę, żeby opróżnić Karmi o smaku kawowym. Hardcore, wiem. Adrenalina buzuje.

Wchodzę na szczyt, a tam... niespodzianka. W samej altance kotłują się dwa ciała o płciach przeciwnych. Pełne zwarcie. Pytam kulturalnie, czy mogę zmierzyć słupek, a w zamian dowiaduję się wielu nowych rzeczy o mojej matce i o tym, jakim to... synem jestem. Ale wiecie co? Kij na wilki w ręku działa cuda na asertywność. Rozstąpili się.

Zrobiłem pomiary i przeżyłem szok. Ludzie... ile to ma szczebli?! Liczyłem trzy razy. Szok numer dwa: krzywizna dachu tych cholernych wieżyczek. Wiedziałem już, że to będzie improwizacja stulecia. Narobiłem kilkadziesiąt zdjęć, pobiegałem z miarką wokół przeklinającej pary i uciekłem do modelarni.

Zacząłem to przeliczać na skalę H0. 1 do 87. To nie miała być masakra. To miała być rzeźnia. Te szczeble w tej skali miały wymiary subatomowe! Stanąłem przed dylematem filozoficznym godnym Kanta: Czy wklejać szczeble pomiędzy pustkę, czy pustkę pomiędzy szczeble?

Stwierdziłem, że nie będę tego strugał z drewienka, bo zwariuję. Wolę spędzić 40 godzin przed ekranem w Corelu i Sketchupie, niż opłacać wizyty u neurologa w przerwach między przyklejaniem jednego mikroszczebla a drugim. Niech to leci na drukarce 3D.

Potem było już z górki. Mówię "z górki", chociaż... "..urwy" latały po mojej pracowni stadami. Serio, ćwierkały wokół mojej BambuLab niczym skowronki na wiosnę. Wcześniej te same ćwierki latały u Grześka wokół jej piekielnej maszyny drukującej w żywicy. No niestety żywica się jakimś cudem źle wydrukowała, zalało przestrzeń pomiędzy szczebelkami. Wydrukowałem tego tonę, żeby było z czego wybierać. W końcu poskładałem. Ośmiokąt! Pasowanie tego to jak układanie kostki Rubika po pijaku przez daltonistę. Podstawka z XPS-u, klej cyjanoakrylowy, podkład Tamiyi, pisaki, washe, magia...

Zrobiłem. Dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Patrzę – jest. Stoi. Efekt uzyskany. Nawet podobna.

A w głowie tylko jedna myśl: O słodki panie w marcepanie, jak ja tęsknię za klejeniem czołgów i lataniem RC.

Zanoszę altankę na makietę. Dumny z siebie. Kładę. Ludzie oglądają, cmokają. I wiecie, co usłyszałem na odchodnym? – "Słuchaj, super... ale wiesz, tu obok kiedyś stała taka stara knajpa parkowa. Strasznie jej tu teraz brakuje. Dorobisz?"

Po tym wszystkim stwierdziłem tylko jedno: w knajpie, to ja, proszę państwa, chyba dzisiaj wyląduję, albo „na niskich pawilonach”, gdzie ściany miękkie i drzwi bez klamek….








Podziękowania ludziom dobrej woli i bardzo pomocnym w …… tej walce.


niedziela, 17 maja 2026

Domek Baby Jagi

 


Każde miasto ma takie swoje specyficzne miejsce. W Tarnowskich Górach, w parku miejskim, stoi legendarny Domek Baby Jagi. Oficjalnie: lodziarnia. Nieoficjalnie? Międzykontynentalne centrum wymiany myśli lokalnej elity piwnej oraz matek z bąbelkami.

Wyobraźcie sobie ten miks kulturowy. Z jednej strony pani dba o to, żeby mały Antoś zjadł ekologicznego loda rzemieślniczego o smaku jarmużu, a metr obok pan Zbyszek, lokalny koneser napojów chmielowych, przeprowadza szybką fuzję termojądrową dwóch puszek najtańszego lagera.
I to jest zaraz obok „Grzybka” – czyli tradycyjnego miejsca randek i szybkich schadzek. Piękna, romantyczna infrastruktura.

I wyobraźcie sobie, że dostałem zlecenie. Mam ten cały mikrokosmos... odtworzyć na makiecie kolejowej dla muzeum.

I tu wjeżdża skala. Skala H0. Czyli 1:87. Dla mnie? Masakra. Ja jestem facetem, który składa czołgi
w 1:35. Tam czujesz, że żyjesz! Plastik ma swoją wagę, czołg to czołg, czujesz zapach gąsienic
i męskiej przygody. A H0? Do tego trzeba mieć wzrok sokoła i dłonie chirurga.

Moje oczy już dawno powiedziały „do widzenia”, a łapami trzęsie mi się tak, że jak trzymam pęsetę, to wyglądam, jakbym próbował złapać uciekającego komara.

Na szczęście uratowała mnie fizyka i brutalna rzeczywistość wystawowa. Ta lodziarnia na makiecie będzie stała schowana między drzewami. Widz będzie na to patrzył z odległości jakichś dwóch metrów. Dwa metry w modelarstwie to jest zbawienie. Z dwóch metrów to nawet rozgotowany kalafior pomalowany na zielono wygląda jak luksusowa willa. Kto tam zauważy fakturę dachówki? Nikt! Jak ktoś podejdzie z lupą, to powiem, że to realizm – w Tarnowskich Górach też czasem dach przecieka, nie?

No ale ambitny plan zakładał, że trzeba to jakoś zbudować. Techniki tradycyjne?
Struganie tego z zapałek przy moich telepiących się rękach? Jak mawiał klasyk:

„Można się bawić doskonale bez alkoholu, ale po kiego grzyba się męczyć?”.

Padło na nowoczesność: projekt 3D i wydruk. Oczywiście, ortodoksyjni modelarze – ci, co to lepią gąsienice z ugotowanego makaronu – od razu podnieśli raban. Jeden mi nawet prosto w oczy wypalił: „Z ciebie taki modelarz, jak z koziej doopy saksofon!”.

No cóż... powiem Wam tylko tyle: ten pan leży obecnie na OIOM-ie w szpitalu powiatowym w Parzymiechach Dolnych. Głupio gadał, dostał za swoje. Nie zadziera się z facetem, który ma w ręku skalpel i darmowy program do projektowania 3D.

Ale zanim powstał wydruk, trzeba było zrobić research. Wyobraźcie sobie dorosłego chłopa, który biega po parku wokół budki z lodami z miarką budowlaną. Matki tulą dzieci, panowie od piwa patrzą na mnie jak na tajnego agenta z Sanepidu, a ja mierzę szerokość okienka podawczego. Potem dokumentacja fotograficzna, godziny przed komputerem, rysowanie, a potem... festiwal wkoorwu przy drukarce 3D. Bo oczywiście drukarka uznała, że zamiast domku wydrukuje mi nowoczesną sztukę abstrakcyjną.

Ale w końcu jest! Etap końcowy: sklejanie i malowanie. Moja tajna receptura na sukces:

  • Tradycyjna chemia od TAMIYA,

  • Piwo bezalkoholowe (bo przy normalnym ten domek Baby Jagi wyglądałby, jakby przeszedł centralne trafienie z mojego czołgu w 1:35),

  • Dużo nonszalancji w ruchach rąk,

  • I solidna, staropolska wiązanka wulgaryzmów. Bo nic tak nie wiąże plastiku, jak dobre, soczyste przekleństwo.







I wiecie co? Chyba jakoś to wyszło. Domek lada dzień ląduje na makiecie. Jak będziecie w muzeum, oglądajcie wyłącznie z przepisowych dwóch metrów !

Podziękowania dla .... ludzi pomocnych dobrego serca.






sobota, 25 kwietnia 2026

ToTo-34 Ervin - model halowy

 


Hybrydowa konstrukcja akrobacyjna – eksperyment z materiałem Pichler i depronem.
Prezentowany model to konstrukcja eksperymentalna, zaprojektowana z myślą o precyzyjnej akrobacji lotniczej. Głównym celem projektu było osiągnięcie maksymalnej sztywności przy zachowaniu niskiej masy oraz wysokiej odporności na obciążenia dynamiczne. Sercem eksperymentu jest połączenie dwóch różnych materiałów piankowych. Bazę stanowi depron 3 mm, natomiast w miejscach newralgicznych zastosowałem płytę Pichler. Wyciągając wnioski z budowy modelu ToTo-32, gdzie Pichler zapewniał świetną trwałość, tutaj postawiłem na hybrydę. Depron stanowi poszycie i elementy lżejsze, aby zredukować wagę całkowitą. Pichler wykorzystany na przód modelu oraz lotki. Materiał ten wyróżnia się jednorodną strukturą i dużą elastycznością, co czyni go odpornym na kruszenie i pękanie przy lądowaniach czy manewrach 3D (snapy, harriery)..........

ToTo-34 Ervin


ToTo-34 Ervin


Dalsza część opisu, fotografie z budowy, oraz plany do porania pod adresem : https://motylasty.pl/toto34.html

niedziela, 12 kwietnia 2026

Karuzela, ale nie taka.

 Bo kto debilowi zabroni udawać, że go stać ????.


Słuchajcie, starość to jest taki etap, że człowiek już nawet na karuzelę nie może popatrzeć, bo mu się
w głowie kręci od samego patrzenia, a co dopiero na tym usiąść. Zresztą... ja już jestem za stary
 na wszystko. Na spacery, na dietę, na nadzieję... na wszystko.

Jedyny powód, dla którego jeszcze wstaję z łóżka, to te moje czołgi. Modele, wiecie. Plastikowa walka
z materią. Bo czołg, proszę państwa, ma tę zaletę, że on milczy. Nie marudzi, nie pyta: „A kiedy odmalujesz przedpokój?”. On tylko stoi i czeka, aż go potraktuję aerografem.

Ale oczywiście, jak to w życiu – pod górkę. Masz ten kadłub, chcesz go pomalować, no to musisz nim kręcić. A ręce już nie te, trzęsą się jak u nastolatka na pierwszej randce. Kładziesz to na jakimś pudełku po butach, na talerzu od starego serwisu... No tragedia. Niewygodnie, brudno, a w moim wieku wygoda to jest jedyna rzecz, która jeszcze ma sens.

Zacząłem szukać profesjonalnej podstawki. Myślę sobie: Tamiya. Legenda. Logo, za które ludzie dają się pokroić. Bo przecież jak nie masz Tamiyi, to co ty masz? To tak jakbyś Multiplą podjeżdżał pod operę. Można, ale po co sobie to robić?

No i znalazłem: „Spray-Work PAINTING STAND SET”. Nazwa długa, jakby to co najmniej satelity naprowadzało. Patrzę na cenę... Osiemdziesiąt dukatów.

No bez przesady. Osiem dych za dwa kawałki plastiku i drut? Przecież to jest jawne plucie w twarz uczciwemu człekowi. Musiałbym mieć orzeczenie o głębokim debilizmie, żeby tyle wydać. Pomyślałem tego dnia aż cztery razy – co mi się rzadko zdarza, bo zazwyczaj ograniczam się do procesów trawiennych korelujących w prostej linii z procesami wydalania. Myśl czwarta brzmiała: „Mam przecież drukarkę 3D!”.

Zamiast spać, siedziałem z parującym dzbanem. „Zrobię to sam!” – krzyczałem w myślach do tej poj…... japońskiej korporacji. „Ja wam pokażę!”. Odpaliłem Sketchupa, narysowałem. Ale po swojemu! Po co mi podstawka do karoserii aut, co to pewnie jeszcze kawę parzy , ułatwia usuwanie ciąży i informuje o kurierze, ze się pojawił na dzielni ?. Ma być proste. Ma się kręcić. Ma mnie nie denerwować.

Zamówiłem filament. Czarny, bo różowy, który mam w szafie, to jest dobry do …… środowiska gejowskie mi tak powiedziały, a nie do Pantery w skali 1:35. Bambuś podrukował, ja to złożyłem do kupy... i działa. I tu dochodzimy do momentu, w którym nauka spotyka się z czystym obłędem.
Parę zdań temu wspomniałem, że musiałbym być totalnym idiotą, żeby wydać 80 dukatów.
No więc ( nie zaczyna się zdania od no więc ), jako że statystyczną ilość przemyśleń mocno przekroczyłem w dniach ostatnich i to bez zbędnych analiz i wkraczania w obszary doznań potwierdzających, czy też raczej dezawuujących słuszność mych poczynań znów kliknąłem „kup teraz” i to uczyniłem bez alkoholu lub co gorsza w moim przypadku bez "bezalkoholu".
Kliknąłem „Kup teraz” na tego oryginalnego Stand’a z Tamiyi. No kliknąłem! No panie co zrobisz?,
no co, no nic nie zrobisz, yebło to yebło nie ma co roztrząsać.

Teraz mam dwa. Jeden domowy, drugi „na wyjście, na niedzielę, jak goście się napatoczą”. Jeden na dni słoneczne, drugi do kościoła. Bo kto zabroni debilowi udawać, że go stać? Mało tego – dokupiłem jeszcze jakieś chińskie szczypczyki, bo przecież jak już człowiek wpadnie w ten zakupowy amok, to kupuje wszystko, jakby jutra miało nie być.







I co z tego mam? Mam dwa standy, mam szczypce, mam pełne szuflady sprzętu... i wiecie co?

Tak mnie dzisiaj w łokciu rypie, że i tak nic nie pomaluję. Posiedzę sobie tylko, popatrzę na te pudełka
i pomarudzę, że kiedyś to przynajmniej ten plastik był tańszy.

…... idę po maść na stawy.

A gdyby ktoś był chętny na STELE do wydruku, odzywać się, dogadamy się. :) 

poniedziałek, 23 marca 2026

Figurek malowanie.

 Parkinsony, pędzle i chińska magia za grosze.


Powiem wam szczerze: z malowaniem figurek jest jak z oddawaniem moczu pod wiatr. Albo masz technikę i trafiasz w cel, albo całe życie chodzisz z popryskaną mordą. I to nie jest teoria z internetu, to są wnioski poparte moimi własnymi, mokrymi od tego wiatru oczami.

Pół wieku. Pięćdziesiąt lat męczę się w tym, co dorośli ludzie nazywają „modelarstwem”, a co moja żona kwituje krótkim: „znowu te zabawki?”. Przerobiłem wszystko: kartony, plastiki, modele zdalnie sterowane... Ale nic, absolutnie NIC, nie niszczy psychiki tak skutecznie jak malowanie tych małych, plastikowych skur… znaczy ludzików.

Dla dobra własnego zdrowia psychicznego staram się to robić rzadko. Dlaczego? Bo mam przypadłość, którą roboczo nazywam „trzęsawką łap”. Jak ktoś patrzy z boku, jak ja walczę z pędzelkiem, to od razu myśli: „Oho, stary nieźle daje w szyję, pewnie od rana na obrotach”. A ja po prostu tak mam! Ręce mi latają, jakbym grał w marakasy w zespole mariachi.

Dlatego nienawidzę pędzlowania. Wolę aerograf. Pędzlować to se można okolice odbytu w szpitalu, i to nie farbką Citadel, tylko gencjaną!

No i jak z tym żyć? Widziałem te wszystkie tutoriale na YouTube. Ci goście mają figurki na jakichś korkach, podstawkach, cudach-wiankach. Odpaliłem więc swoją piekielną maszynę, drukarkę 3D. Coś tam narysowałem, coś pomierzyłem... wyszło stabilnie. Taka „podtrzymka” dla moich drżących rąk. Byłem z siebie dumny, dopóki nie zajrzałem na to legendarne Temu.

Słuchajcie, kosmos. Znalazłem tam taki uchwyt, że NASA by się nie powstydziła. Dodatkowe obrotowe oparcie na palce, ergonomia, stabilizacja... Cena? Dwadzieścia dukatów. Przecież za tyle to mi się nawet komputera i drukarki nie opłacało z prądu wybudzać! Samo rysowanie projektu kosztowało mnie więcej kawy niż ten gotowiec.

Słuchajcie, ale to Temu... to nie jest zwykły sklep. To jest cyfrowy odpowiednik tego gościa z bazaru, który otwiera poły płaszcza i mówi: „Pst, chcesz zobaczyć coś co ci zryje banię ?
Mam też zestaw do otwierania kokosów i skarpetki, które świecą w ciemności”.

Wchodzisz tam tylko sprawdzić cenę pędzelka. Pięć minut później masz w koszyku :

  • Ten uchwyt do figurek (za grosze!).
  • Magnetyczną poziomicę do przycinania brwi.
  • Dildo z funkcją bluetooth działające pod Linuxem.
  • Nadmuchiwaną replikę katedry Notre Dame w skali 1:500.

Cena? Dwadzieścia złotych za wszystko. Przecież to jest obraza dla zasad logiki! Za te pieniądze to chiński inżynier musiał to zaprojektować, maszyna to musiała wypluć, a potem ktoś to zapakował
w tę ich legendarną folię. Ta folia jest niesamowita. To jest jedyny materiał na świecie, który przetrwa wybuch jądrowy i upadek z orbity, a w środku Twoja paczka wygląda, jakby przejechało po niej stado zdezorientowanych słoni. Ale otwierasz to... i to DZIAŁA.

To ustrojstwo do malowania ludzików przyleciało do mnie przez dwa oceany, trzy strefy czasowe
i pewnie płynęło na grzbiecie tresowanego delfina, a i tak wyszło taniej, niż jakbym sam miał podnieść tyłek i iść po piwo do Żabki. Za 20 dukatów dostałem technologię, przy której moja drukarka 3D wygląda jak liczydło przy komputerze z NASA.

Najgorsze jest to śledzenie paczki. Dostajesz powiadomienie: „Twoja przesyłka opuściła port w Szanghaju”. Potem: „Twoja przesyłka minęła Kazachstan”. Aż w końcu: „Twoja przesyłka jest u sąsiada, który Cię nienawidzi”. Ale jak już ją wyrwiesz... Panowie, ta chwila, gdy wkładasz figurkę
w ten chiński uchwyt i ona nagle przestaje latać jak liść na wietrze... To jest ten moment, w którym wybaczasz im wszystko. Nawet to, że teraz prawdopodobnie jakiś algorytm w Pekinie wie o moich trzęsących się rękach więcej niż mój lekarz pierwszego kontaktu.

Jak to działa? Panie i Panowie – to jest złoto! Figurka siedzi sztywno, ten karbowany uchwyt robi taką robotę, że moje dłonie nagle przypomniały sobie, co to znaczy spokój. Jeśli też się tak męczycie
z „ludzikami”, to kupujcie to bez pytania. Te parę groszy uratuje wam resztki godności.

Dobra, kończę, bo za oknem piździ jak w Kieleckiem. Wieczór późny, idę sprawdzić, czy z tym oddawaniem moczu pod wiatr to faktycznie tylko kwestia techniki...

piątek, 13 marca 2026

Grzybek parkowy.

 Tarnogórski Hyde Park, czyli ...... Grzybek w Parku.


Wiecie, jak zaczynają się największe katastrofy w życiu faceta? Nie od słów „musimy porozmawiać”. Nie. Zawsze zaczyna się od klasycznego: „Co? Ja nie dam rady ?!”. A zaraz potem wjeżdża nasze zaklęcie przywołujące kłopoty: „Czymaj piwo”.

Ktoś mnie ostatnio pyta: „Stary, a dałbyś radę zrobić tego naszego Grzybka na makietę dworca kolejowego?”.  Ja nie zrobię Grzybka? Ja?! Czymaj piwo!

Kojarzycie Grzybka w naszym tarnogórskim parku, prawda? Kojarzysz, widzę po oczach, że za młodu tanie wino tam smakowałeś!

Dla tych, co nie wiedzą – Grzybek to nie jest zwykła altanka. To jest lokalne centrum kultury alternatywnej! Od lat wpisane w panoramę parku. Tam spotyka się absolutnie każdy. Zwykła młodzież, klienci lekkiego życia, fanatycy płynów o – powiedzmy to dyplomatycznie – konkretnej i wysokiej zawartości C2H5OH... Do tego poeci wyklęci z puszką Tatry, jacyś uliczni tancerze i – przysięgam – zdarzają się delegacje kółek gospodyń wiejskich, które chyba po prostu zgubiły drogę z dworca. Pełen przekrój społeczny! Nasz tarnogórski Hyde Park.

No, ale słowo się rzekło. Zaczynamy projekt.

Odpalam mój pojazd mechaniczny czterokołowy i ruszam na zwiad. Pełen kamuflaż i rynsztunek bojowy: aparat fotograficzny na szyi, taśma miernicza w kieszeni i tajna broń... piwo bezalkoholowe. Tak, Karmi. I tak mam słabą głowę, więc po jednym takim  włącza mi się tryb nirwany i wydaje mi się, że jestem Inżynierem Karwowskim.
Parkuję, resztę trasy pokonuję pieszo – klasyczną metodą naprzemiennego machania kończynami dolnymi – i w końcu jest. Stoi on. Grzybek.
Zaczynam oględziny. Ale żeby w ogóle podejść ze sprzętem, musiałem najpierw odgruzować teren.
Tu puszka po Harnaśku, tam butelka po Soplicy... Od razu pozbierałem! Słuchajcie, makieta makietą, ale pomyślałem sobie: „Oho, wpadnie kilka dukatów z kaucji, będzie na prąd do drukarki!”.
Biznes to biznes. Wyobraźcie to sobie z boku: stoi dorosły chłop w parku. W jednej ręce bezalkoholowe, w drugiej miarka, w torbie brzęczą puszki, a on z obłędem w oczach mierzy obwód betonowego grzyba. Ludzie spacerują, patrzą na mnie i myślą: „O, sanepid przyjechał”, albo „Kurde, geodeta, znowu będą tu coś kopać!”. A ja tam po prostu w mojej pięknej głowie wizualizuję wielki plan budowlany. Dokumentacja, proces, logistyka!

Wracam w końcu do swojej oazy, do mojej jaskini modelarskiej. I tam nagle zapadła... diecezja.
Znaczy – decyzja!

Patrzę w kalendarz. Terminy gonią. Miałem to rzeźbić dłutkiem? Strugać z zapałek i wykałaczek
jak jakiś mnich z Klasztoru Kosz aliin  ? Nie ma opcji, szanujmy się. Szkoda życia! Zamiast tradycji, wjechał futuryzm.

Odpalam kompa, projekt 3D w Sketchupie – pyk, pyk, myszką. Potem „Bambus” robi swoje „bzzzz, bzzzz”, trochę magii z aerografem, pędzelkiem, malowanie, wykończeniówka i cyk! Gotowe!

Założone ramy czasowe zachowane. Makieta ma swojego Grzybka. A ja? Ja udowodniłem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Zwłaszcza, jak ktoś mi potrzyma piwo. Dziękuję bardzo!

Słyszę głosy z sali: "Oszustwo! Pójście na łatwiznę! Prawdziwy modelarz to by tego Grzybka z kory dębu wyrzeźbił tępym scyzorykiem!".

Słuchaj, przyjacielu. Jak idziesz do łazienki wrzucić brudne ciuchy do pralki, to też żona stoi nad tobą i krzyczy: "Oszustwo! Pralka automatyczna to pójście na łatwiznę! Kiedyś to się nad rzeką na tarze prało, a nie w przyciski klikało!"? Nie. Bo byś do świąt w jednych gaciach chodził.

Technologia idzie do przodu! Myślisz, że ta moja drukarka ma na panelu przycisk z napisem: "Drukuj tarnogórskiego Grzybka z menelami"? Że to się samo robi? Przecież ja tam musiałem w tym programie każdy milimetr tego betonu wirtualnym dłutem wykuć! W pocie czoła klikałem myszką, aż mi się zespół cieśni nadgarstka pogłębił! To jest ciężka praca fizyczna w XXI wieku.

Poza tym, bądźmy szczerzy. Kiedyś modelarze całymi nocami wąchali butapren w zamkniętych piwnicach i mieli po tym objawienia. Ja mam drukarkę 3D i piwo bezalkoholowe. Może mam trochę mniej kolorowych wizji podczas pracy, ale za to makieta trzyma pion! A o to przecież w budownictwie chodzi, co nie?









Użyta chemia to głównie wyroby Tamiya, AK i to wsjo.

Grzybek powstał na zlecenie Muzeum Tarnogórskiego, stanie na makiecie kolejowej w stosownym
dla niego miejscu.