Po prostu aaaaa...ltanka.
Czy mamy tu kogoś z Tarnowskich Gór? Nie? To dobrze, bo musimy porozmawiać o naszym lokalnym Trójkącie Bermudzkim.
Zna ktoś to miejsce w parku miejskim? Oś: Altanka – Domek Baby
Jagi – Grzybek. Gęsty drzewostan. Istny Matrix. Miejsce, gdzie
załamuje się czas, a prawa fizyki idą na L4. Poważnie.
W
tym trójkącie giną okręty, samoloty, potężne jachty
oceaniczne... Skąd wiem? Bo nikt nigdy tam żadnego jachtu ani
samolotu nie widział! Dowód ostateczny.
Zamiast wraków statków, z pofalowanej murawy wynurzają się inne artefakty. Zgniecione puszki po Tyskim. Puste butelki po tanich winach. A dlaczego tanie wina są dobre? Odpowiedź jest prosta, proszę państwa: bo są tanie. I dobre. A to doskonały stosunek jakości do ceny. Posiadają też atest Polskiego Towarzystwa Patologicznego i certyfikat 500 PLUS. Takie "donperiniony".
Ten rejon to jest absolutne skrzyżowanie głównych szlaków handlowo-turystycznych. Taki lokalny Jedwabny Szlak. Z jednej strony trasa Noclegownia – Dom Pomocy Społecznej. Z drugiej: Biedronka – Lidl. Kogo tam nie spotkasz... Czasem w krzaki wpadnie pies z kulawą nogą. Zaraz za nim drące się „bąbelki” uciekające przed matkami na skraju załamania nerwowego. Czasem minie cię zagubiony emeryt z całym ciężarem ZUS-u na plecach, a czasem biznesmen, który po pożyczce we frankach szuka w tym parku... no cóż, solidnej gałęzi i pyta, czy masz pożyczyć stołek.
I nad tym wszystkim, proszę państwa, góruje ONA. Altanka. Punkt widokowy. Z której wszystko widać, i którą – uwaga, niespodzianka – z dołu też widać.
I mnie, naiwnemu, przyszło umiejscowić tę altankę na makiecie. Skala H0.
Szykowałem się do tej misji jak na wojnę. Wsiadłem w mój rydwan. Uzbrojenie: aparat, miarka budowlana i – tajna broń – metr krawiecki. Do tego wziąłem porządny kij do odganiania się od wilków... i kask. Dlaczego kask? Bo niedaleko jest kort tenisowy dla lokalnej elity. Co jakiś czas, z prędkością dźwięku, przez krzaki przelatuje zaginiona, żółta piłka i tnie nieboskłon niczym meteoryt. Trzeba uważać.
Wspinaczka pod altankę nie była długa, ale wymagała aklimatyzacji. Dwa przystanki. W obozie górnym założyłem bazę, żeby opróżnić Karmi o smaku kawowym. Hardcore, wiem. Adrenalina buzuje.
Wchodzę na szczyt, a tam... niespodzianka. W samej altance kotłują się dwa ciała o płciach przeciwnych. Pełne zwarcie. Pytam kulturalnie, czy mogę zmierzyć słupek, a w zamian dowiaduję się wielu nowych rzeczy o mojej matce i o tym, jakim to... synem jestem. Ale wiecie co? Kij na wilki w ręku działa cuda na asertywność. Rozstąpili się.
Zrobiłem pomiary i przeżyłem szok. Ludzie... ile to ma szczebli?! Liczyłem trzy razy. Szok numer dwa: krzywizna dachu tych cholernych wieżyczek. Wiedziałem już, że to będzie improwizacja stulecia. Narobiłem kilkadziesiąt zdjęć, pobiegałem z miarką wokół przeklinającej pary i uciekłem do modelarni.
Zacząłem to przeliczać na skalę H0. 1 do 87. To nie miała być masakra. To miała być rzeźnia. Te szczeble w tej skali miały wymiary subatomowe! Stanąłem przed dylematem filozoficznym godnym Kanta: Czy wklejać szczeble pomiędzy pustkę, czy pustkę pomiędzy szczeble?
Stwierdziłem, że nie będę tego strugał z drewienka, bo zwariuję. Wolę spędzić 40 godzin przed ekranem w Corelu i Sketchupie, niż opłacać wizyty u neurologa w przerwach między przyklejaniem jednego mikroszczebla a drugim. Niech to leci na drukarce 3D.
Potem było już z górki. Mówię "z górki", chociaż... "..urwy" latały po mojej pracowni stadami. Serio, ćwierkały wokół mojej BambuLab niczym skowronki na wiosnę. Wcześniej te same ćwierki latały u Grześka wokół jej piekielnej maszyny drukującej w żywicy. No niestety żywica się jakimś cudem źle wydrukowała, zalało przestrzeń pomiędzy szczebelkami. Wydrukowałem tego tonę, żeby było z czego wybierać. W końcu poskładałem. Ośmiokąt! Pasowanie tego to jak układanie kostki Rubika po pijaku przez daltonistę. Podstawka z XPS-u, klej cyjanoakrylowy, podkład Tamiyi, pisaki, washe, magia...
Zrobiłem. Dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Patrzę – jest. Stoi. Efekt uzyskany. Nawet podobna.
A w głowie tylko jedna myśl: O słodki panie w marcepanie, jak ja tęsknię za klejeniem czołgów i lataniem RC.
Zanoszę altankę na makietę. Dumny z siebie. Kładę. Ludzie oglądają, cmokają. I wiecie, co usłyszałem na odchodnym? – "Słuchaj, super... ale wiesz, tu obok kiedyś stała taka stara knajpa parkowa. Strasznie jej tu teraz brakuje. Dorobisz?"
Po tym wszystkim stwierdziłem tylko jedno: w knajpie, to ja, proszę państwa, chyba dzisiaj wyląduję, albo „na niskich pawilonach”, gdzie ściany miękkie i drzwi bez klamek….
Podziękowania ludziom dobrej woli i bardzo pomocnym w …… tej walce.






















































