niedziela, 12 kwietnia 2026

Karuzela, ale nie taka.

 Bo kto debilowi zabroni udawać, że go stać ????.


Słuchajcie, starość to jest taki etap, że człowiek już nawet na karuzelę nie może popatrzeć, bo mu się
w głowie kręci od samego patrzenia, a co dopiero na tym usiąść. Zresztą... ja już jestem za stary
 na wszystko. Na spacery, na dietę, na nadzieję... na wszystko.

Jedyny powód, dla którego jeszcze wstaję z łóżka, to te moje czołgi. Modele, wiecie. Plastikowa walka
z materią. Bo czołg, proszę państwa, ma tę zaletę, że on milczy. Nie marudzi, nie pyta: „A kiedy odmalujesz przedpokój?”. On tylko stoi i czeka, aż go potraktuję aerografem.

Ale oczywiście, jak to w życiu – pod górkę. Masz ten kadłub, chcesz go pomalować, no to musisz nim kręcić. A ręce już nie te, trzęsą się jak u nastolatka na pierwszej randce. Kładziesz to na jakimś pudełku po butach, na talerzu od starego serwisu... No tragedia. Niewygodnie, brudno, a w moim wieku wygoda to jest jedyna rzecz, która jeszcze ma sens.

Zacząłem szukać profesjonalnej podstawki. Myślę sobie: Tamiya. Legenda. Logo, za które ludzie dają się pokroić. Bo przecież jak nie masz Tamiyi, to co ty masz? To tak jakbyś Multiplą podjeżdżał pod operę. Można, ale po co sobie to robić?

No i znalazłem: „Spray-Work PAINTING STAND SET”. Nazwa długa, jakby to co najmniej satelity naprowadzało. Patrzę na cenę... Osiemdziesiąt dukatów.

No bez przesady. Osiem dych za dwa kawałki plastiku i drut? Przecież to jest jawne plucie w twarz uczciwemu człekowi. Musiałbym mieć orzeczenie o głębokim debilizmie, żeby tyle wydać. Pomyślałem tego dnia aż cztery razy – co mi się rzadko zdarza, bo zazwyczaj ograniczam się do procesów trawiennych korelujących w prostej linii z procesami wydalania. Myśl czwarta brzmiała: „Mam przecież drukarkę 3D!”.

Zamiast spać, siedziałem z parującym dzbanem. „Zrobię to sam!” – krzyczałem w myślach do tej poj…... japońskiej korporacji. „Ja wam pokażę!”. Odpaliłem Sketchupa, narysowałem. Ale po swojemu! Po co mi podstawka do karoserii aut, co to pewnie jeszcze kawę parzy , ułatwia usuwanie ciąży i informuje o kurierze, ze się pojawił na dzielni ?. Ma być proste. Ma się kręcić. Ma mnie nie denerwować.

Zamówiłem filament. Czarny, bo różowy, który mam w szafie, to jest dobry do …… środowiska gejowskie mi tak powiedziały, a nie do Pantery w skali 1:35. Bambuś podrukował, ja to złożyłem do kupy... i działa. I tu dochodzimy do momentu, w którym nauka spotyka się z czystym obłędem.
Parę zdań temu wspomniałem, że musiałbym być totalnym idiotą, żeby wydać 80 dukatów.
No więc ( nie zaczyna się zdania od no więc ), jako że statystyczną ilość przemyśleń mocno przekroczyłem w dniach ostatnich i to bez zbędnych analiz i wkraczania w obszary doznań potwierdzających, czy też raczej dezawuujących słuszność mych poczynań znów kliknąłem „kup teraz” i to uczyniłem bez alkoholu lub co gorsza w moim przypadku bez "bezalkoholu".
Kliknąłem „Kup teraz” na tego oryginalnego Stand’a z Tamiyi. No kliknąłem! No panie co zrobisz?,
no co, no nic nie zrobisz, yebło to yebło nie ma co roztrząsać.

Teraz mam dwa. Jeden domowy, drugi „na wyjście, na niedzielę, jak goście się napatoczą”. Jeden na dni słoneczne, drugi do kościoła. Bo kto zabroni debilowi udawać, że go stać? Mało tego – dokupiłem jeszcze jakieś chińskie szczypczyki, bo przecież jak już człowiek wpadnie w ten zakupowy amok, to kupuje wszystko, jakby jutra miało nie być.







I co z tego mam? Mam dwa standy, mam szczypce, mam pełne szuflady sprzętu... i wiecie co?

Tak mnie dzisiaj w łokciu rypie, że i tak nic nie pomaluję. Posiedzę sobie tylko, popatrzę na te pudełka
i pomarudzę, że kiedyś to przynajmniej ten plastik był tańszy.

…... idę po maść na stawy.

A gdyby ktoś był chętny na STELE do wydruku, odzywać się, dogadamy się. :) 

poniedziałek, 23 marca 2026

Figurek malowanie.

 Parkinsony, pędzle i chińska magia za grosze.


Powiem wam szczerze: z malowaniem figurek jest jak z oddawaniem moczu pod wiatr. Albo masz technikę i trafiasz w cel, albo całe życie chodzisz z popryskaną mordą. I to nie jest teoria z internetu, to są wnioski poparte moimi własnymi, mokrymi od tego wiatru oczami.

Pół wieku. Pięćdziesiąt lat męczę się w tym, co dorośli ludzie nazywają „modelarstwem”, a co moja żona kwituje krótkim: „znowu te zabawki?”. Przerobiłem wszystko: kartony, plastiki, modele zdalnie sterowane... Ale nic, absolutnie NIC, nie niszczy psychiki tak skutecznie jak malowanie tych małych, plastikowych skur… znaczy ludzików.

Dla dobra własnego zdrowia psychicznego staram się to robić rzadko. Dlaczego? Bo mam przypadłość, którą roboczo nazywam „trzęsawką łap”. Jak ktoś patrzy z boku, jak ja walczę z pędzelkiem, to od razu myśli: „Oho, stary nieźle daje w szyję, pewnie od rana na obrotach”. A ja po prostu tak mam! Ręce mi latają, jakbym grał w marakasy w zespole mariachi.

Dlatego nienawidzę pędzlowania. Wolę aerograf. Pędzlować to se można okolice odbytu w szpitalu, i to nie farbką Citadel, tylko gencjaną!

No i jak z tym żyć? Widziałem te wszystkie tutoriale na YouTube. Ci goście mają figurki na jakichś korkach, podstawkach, cudach-wiankach. Odpaliłem więc swoją piekielną maszynę, drukarkę 3D. Coś tam narysowałem, coś pomierzyłem... wyszło stabilnie. Taka „podtrzymka” dla moich drżących rąk. Byłem z siebie dumny, dopóki nie zajrzałem na to legendarne Temu.

Słuchajcie, kosmos. Znalazłem tam taki uchwyt, że NASA by się nie powstydziła. Dodatkowe obrotowe oparcie na palce, ergonomia, stabilizacja... Cena? Dwadzieścia dukatów. Przecież za tyle to mi się nawet komputera i drukarki nie opłacało z prądu wybudzać! Samo rysowanie projektu kosztowało mnie więcej kawy niż ten gotowiec.

Słuchajcie, ale to Temu... to nie jest zwykły sklep. To jest cyfrowy odpowiednik tego gościa z bazaru, który otwiera poły płaszcza i mówi: „Pst, chcesz zobaczyć coś co ci zryje banię ?
Mam też zestaw do otwierania kokosów i skarpetki, które świecą w ciemności”.

Wchodzisz tam tylko sprawdzić cenę pędzelka. Pięć minut później masz w koszyku :

  • Ten uchwyt do figurek (za grosze!).
  • Magnetyczną poziomicę do przycinania brwi.
  • Dildo z funkcją bluetooth działające pod Linuxem.
  • Nadmuchiwaną replikę katedry Notre Dame w skali 1:500.

Cena? Dwadzieścia złotych za wszystko. Przecież to jest obraza dla zasad logiki! Za te pieniądze to chiński inżynier musiał to zaprojektować, maszyna to musiała wypluć, a potem ktoś to zapakował
w tę ich legendarną folię. Ta folia jest niesamowita. To jest jedyny materiał na świecie, który przetrwa wybuch jądrowy i upadek z orbity, a w środku Twoja paczka wygląda, jakby przejechało po niej stado zdezorientowanych słoni. Ale otwierasz to... i to DZIAŁA.

To ustrojstwo do malowania ludzików przyleciało do mnie przez dwa oceany, trzy strefy czasowe
i pewnie płynęło na grzbiecie tresowanego delfina, a i tak wyszło taniej, niż jakbym sam miał podnieść tyłek i iść po piwo do Żabki. Za 20 dukatów dostałem technologię, przy której moja drukarka 3D wygląda jak liczydło przy komputerze z NASA.

Najgorsze jest to śledzenie paczki. Dostajesz powiadomienie: „Twoja przesyłka opuściła port w Szanghaju”. Potem: „Twoja przesyłka minęła Kazachstan”. Aż w końcu: „Twoja przesyłka jest u sąsiada, który Cię nienawidzi”. Ale jak już ją wyrwiesz... Panowie, ta chwila, gdy wkładasz figurkę
w ten chiński uchwyt i ona nagle przestaje latać jak liść na wietrze... To jest ten moment, w którym wybaczasz im wszystko. Nawet to, że teraz prawdopodobnie jakiś algorytm w Pekinie wie o moich trzęsących się rękach więcej niż mój lekarz pierwszego kontaktu.

Jak to działa? Panie i Panowie – to jest złoto! Figurka siedzi sztywno, ten karbowany uchwyt robi taką robotę, że moje dłonie nagle przypomniały sobie, co to znaczy spokój. Jeśli też się tak męczycie
z „ludzikami”, to kupujcie to bez pytania. Te parę groszy uratuje wam resztki godności.

Dobra, kończę, bo za oknem piździ jak w Kieleckiem. Wieczór późny, idę sprawdzić, czy z tym oddawaniem moczu pod wiatr to faktycznie tylko kwestia techniki...

piątek, 13 marca 2026

Grzybek parkowy.

 Tarnogórski Hyde Park, czyli ...... Grzybek w Parku.


Wiecie, jak zaczynają się największe katastrofy w życiu faceta? Nie od słów „musimy porozmawiać”. Nie. Zawsze zaczyna się od klasycznego: „Co? Ja nie dam rady ?!”. A zaraz potem wjeżdża nasze zaklęcie przywołujące kłopoty: „Czymaj piwo”.

Ktoś mnie ostatnio pyta: „Stary, a dałbyś radę zrobić tego naszego Grzybka na makietę dworca kolejowego?”.  Ja nie zrobię Grzybka? Ja?! Czymaj piwo!

Kojarzycie Grzybka w naszym tarnogórskim parku, prawda? Kojarzysz, widzę po oczach, że za młodu tanie wino tam smakowałeś!

Dla tych, co nie wiedzą – Grzybek to nie jest zwykła altanka. To jest lokalne centrum kultury alternatywnej! Od lat wpisane w panoramę parku. Tam spotyka się absolutnie każdy. Zwykła młodzież, klienci lekkiego życia, fanatycy płynów o – powiedzmy to dyplomatycznie – konkretnej i wysokiej zawartości C2H5OH... Do tego poeci wyklęci z puszką Tatry, jacyś uliczni tancerze i – przysięgam – zdarzają się delegacje kółek gospodyń wiejskich, które chyba po prostu zgubiły drogę z dworca. Pełen przekrój społeczny! Nasz tarnogórski Hyde Park.

No, ale słowo się rzekło. Zaczynamy projekt.

Odpalam mój pojazd mechaniczny czterokołowy i ruszam na zwiad. Pełen kamuflaż i rynsztunek bojowy: aparat fotograficzny na szyi, taśma miernicza w kieszeni i tajna broń... piwo bezalkoholowe. Tak, Karmi. I tak mam słabą głowę, więc po jednym takim  włącza mi się tryb nirwany i wydaje mi się, że jestem Inżynierem Karwowskim.
Parkuję, resztę trasy pokonuję pieszo – klasyczną metodą naprzemiennego machania kończynami dolnymi – i w końcu jest. Stoi on. Grzybek.
Zaczynam oględziny. Ale żeby w ogóle podejść ze sprzętem, musiałem najpierw odgruzować teren.
Tu puszka po Harnaśku, tam butelka po Soplicy... Od razu pozbierałem! Słuchajcie, makieta makietą, ale pomyślałem sobie: „Oho, wpadnie kilka dukatów z kaucji, będzie na prąd do drukarki!”.
Biznes to biznes. Wyobraźcie to sobie z boku: stoi dorosły chłop w parku. W jednej ręce bezalkoholowe, w drugiej miarka, w torbie brzęczą puszki, a on z obłędem w oczach mierzy obwód betonowego grzyba. Ludzie spacerują, patrzą na mnie i myślą: „O, sanepid przyjechał”, albo „Kurde, geodeta, znowu będą tu coś kopać!”. A ja tam po prostu w mojej pięknej głowie wizualizuję wielki plan budowlany. Dokumentacja, proces, logistyka!

Wracam w końcu do swojej oazy, do mojej jaskini modelarskiej. I tam nagle zapadła... diecezja.
Znaczy – decyzja!

Patrzę w kalendarz. Terminy gonią. Miałem to rzeźbić dłutkiem? Strugać z zapałek i wykałaczek
jak jakiś mnich z Klasztoru Kosz aliin  ? Nie ma opcji, szanujmy się. Szkoda życia! Zamiast tradycji, wjechał futuryzm.

Odpalam kompa, projekt 3D w Sketchupie – pyk, pyk, myszką. Potem „Bambus” robi swoje „bzzzz, bzzzz”, trochę magii z aerografem, pędzelkiem, malowanie, wykończeniówka i cyk! Gotowe!

Założone ramy czasowe zachowane. Makieta ma swojego Grzybka. A ja? Ja udowodniłem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Zwłaszcza, jak ktoś mi potrzyma piwo. Dziękuję bardzo!

Słyszę głosy z sali: "Oszustwo! Pójście na łatwiznę! Prawdziwy modelarz to by tego Grzybka z kory dębu wyrzeźbił tępym scyzorykiem!".

Słuchaj, przyjacielu. Jak idziesz do łazienki wrzucić brudne ciuchy do pralki, to też żona stoi nad tobą i krzyczy: "Oszustwo! Pralka automatyczna to pójście na łatwiznę! Kiedyś to się nad rzeką na tarze prało, a nie w przyciski klikało!"? Nie. Bo byś do świąt w jednych gaciach chodził.

Technologia idzie do przodu! Myślisz, że ta moja drukarka ma na panelu przycisk z napisem: "Drukuj tarnogórskiego Grzybka z menelami"? Że to się samo robi? Przecież ja tam musiałem w tym programie każdy milimetr tego betonu wirtualnym dłutem wykuć! W pocie czoła klikałem myszką, aż mi się zespół cieśni nadgarstka pogłębił! To jest ciężka praca fizyczna w XXI wieku.

Poza tym, bądźmy szczerzy. Kiedyś modelarze całymi nocami wąchali butapren w zamkniętych piwnicach i mieli po tym objawienia. Ja mam drukarkę 3D i piwo bezalkoholowe. Może mam trochę mniej kolorowych wizji podczas pracy, ale za to makieta trzyma pion! A o to przecież w budownictwie chodzi, co nie?









Użyta chemia to głównie wyroby Tamiya, AK i to wsjo.

Grzybek powstał na zlecenie Muzeum Tarnogórskiego, stanie na makiecie kolejowej w stosownym
dla niego miejscu.



czwartek, 26 lutego 2026

Festiwal Modelarski Bytom 2026

 



XXI Międzynarodowy Festiwal Modelarski Bytom 2026. 

Wydarzenie odbędzie się 14 – 15 marca 2026 r. w Hali Sportowej “Na Skarpie” im. Józefa Wiśniewskiego, ul. Frycza-Modrzewskiego 5a w Bytomiu.

14.03.2026 (sobota): zwiedzanie wystawy w godzinach od 8:00 do 17:00 (najwięcej modeli do obejrzenia będzie od 12:00). Od godziny 8:00 do 17:00 działa na hali giełda modelarska.

15.03.2026 (niedziela): zwiedzanie wystawy w godzinach od 9:00 do 12:00. W tym czasie działa również giełda modelarska. O godzinie 13:00 rozpoczyna się uroczyste zakończenie imprezy i rozdanie nagród.

Więcej informacji na stronie: https://bytom-festiwal.blogspot.com/

NIE BYĆ TAM TO GRZECH.

środa, 11 lutego 2026

Maszyna do ssania i dmuchania.

Nie poleciały. Znaczy łzy.

Mini odkurzacz modelarski

Ile można mieć w domu odkurzaczy?
Do psa, żeby zbierał sierść.
Do warsztatu, żeby zbierał wióry.
Do samochodu, żeby zbierał frytki spod fotela.
Z mopem, żeby udawać, że myjesz podłogę.
I oczywiście… osobny do stołu w modelarni i drukarki 3D.
Bo jak wiadomo – drukarka 3D bez dedykowanego odkurzacza to jak modelarz bez pudełka „przyda się”. Niby można żyć, ale po co się tak męczyć?
No i przeglądam sobie Temu. Jednym okiem patrzę, czy mi się filament nie kończy, drugim czy mi nogi nie śmierdzą, a trzecim – bo modelarz zawsze ma trzecie oko do okazji – widzę GO.
Mini odkurzacz. Tego jeszcze nie mam.
Czy muszę mieć?
Nie wiem. Ale skoro nie mam, to jak mam wiedzieć, czy nie muszę?
Jako że dorabiam jako roznosiciel pizzy na platformie wiertniczej – wiadomo, branża modelarska nie utrzyma człowieka – stwierdziłem: biorę.

Ale najpierw napisałem do majfrenda:
– Dobrze ciągnie?
Odpisał:
– Aż łzy lecą.

No to klik. Kilka dukatów poleciało na wschód szybciej niż projekt, który miał być „na weekend”.
Paczka przyszła. Na pudełku wielki napis:
3 IN 1 VACUUM CLEANER
Patrzę… wlot i wylot. Ssanie i dmuchanie. To są dwa.
Gdzie jest trzecie?
Chyba że jak połączę wlot z wylotem rurką i odpalę, to zrobię perpetuum mobile i będę drukował za darmo. Innej opcji nie widzę.

W środku :
  • jednostka główna,
  • lejek do… no do dmuchania,
  • zbiornik z filtrem,
  • rurka,
  • szczotka,
  • USB-C, czyli już prawie NASA.
Pierwsze wrażenie?
Typowa chińszczyzna. Ale taka uczciwa. Nie udaje Makity. Plastik lekko trzeszczy, jakby mówił: „nie ściskaj mnie za mocno, mam uczucia”. Ale składa się. Działa. To już sukces.
Test dmuchania – no powiem tak… z Pornhubem to nie konkuruje.
Test ssania – łzy nie poleciały. Majfrend trochę podkolorował.

Ale… odkurza. To nie jest Kirby. To nie jest sprzęt, którym odkurzysz halę produkcyjną.
Ale do klawiatury? Idealny. Do komputera? Jak znalazł.
Do stołu w modelarni, gdzie masz więcej balsiano depronowego pyłu niż powietrza? Robi robotę.
Do czyszczenia Bambusa? Mały, poręczny, nie straszysz nim drukarki jak wielkim warsztatowym potworem.
I właśnie o to chodzi.
Bo my, majsterkowicze, modelarze i drukarze 3D, nie kupujemy rzeczy dlatego, że są potrzebne.
My kupujemy rzeczy, bo są "technicznie uzasadnione emocjonalnie".
Czy był mi potrzebny kolejny odkurzacz? Absolutnie nie.
Czy żałuję? Absolutnie też nie.
Za te kilka dukatów – wystarczy w zupełności.
A jak się zepsuje?
To przynajmniej będę miał pretekst, żeby kupić wersję 4 IN 1.

Mini odkurzacz modelarski

Mini odkurzacz modelarski

Mini odkurzacz modelarski

Dedykuję "Wielebnemu", który dzisiaj pochował swojego odkurzacza. :)
Krzysiu, a może taki ???. Bea - :) dzięki.






niedziela, 8 lutego 2026

Niemce we wiosce

Po starym i leciwym zestawie TAMIYI Hanomag Sdkfz 251 zostały mi "ludziki", może najwyższego lotu nie są, ale postanowiłem coś z tym zrobić.


Kawałek styroduru na podkładkę, z tego też powstał ceglany murek, trochę desek po lodach, jakieś resztki z innych modeli z okresu WWII takie jak beczka, skrzynka narzędziowa.
Niemcy malowani starymi Humbrolami, reszta, czyli ziemia, deski, mur itd to Tamiye. Ramka z listew pozyskanych w kościele pod wezwaniem świętego Castorama.









niedziela, 1 lutego 2026

Szuszarka, tfu suszarka

 Taka do filamentu.


Powiem tak – łysy kupił… suszarkę.

Tak. Ja. Łysy. Suszarkę.

Ironia losu level: Pantene.

Walka z wydrukami na Bambusie przypomina momentami MMA – tylko zamiast przeciwnika masz… siebie. Druk 3D to nie hobby. To jest psychotest. I krótka, szczera rozmowa z kumplem, któremu przy pomocy kija bejzbolowego wcisnąłem kiedyś drukarkę Anycubica.

Po dekadzie druku doszedłem do wniosku, że może jednak nie wszyscy na forach są w sektach i suszarka do filamentu to nie mit jak Yeti czy działający support producenta.

Marek – ten od Anycubica – pokazał mi dwa wydruki. Ten sam element. Te same ustawienia. Ten sam filament. Jeden przed suszeniem – dramat. Drugi po suszeniu – poezja.

Od tej chwili Marek chodzi dziwnie uśmiechnięty, coś sapie pod nosem i przy każdej okazji wyzywa mnie od ...synów. Ale ziarno zostało zasiane.


Do tej pory wszelkie sugestie suszenia omijałem szerokim łukiem. Jak Ślązak grupkę „lokalnych patriotów sosnowieckich” z łańcuchami w rękach. Coś jak Pruszków kontra Wołomin – teoretycznie Polska, praktycznie wojna domowa. Ale dobra. Popatrzyłem po internetach. Poczytałem.
Pooglądałem produkcje filmowe o tym, jak ekscytującym zjawiskiem może być zawilgocony filament. Na mszę też dałem. W tej intencji.
Decyzja zapadła.
Marek podał model, cenę w dukatach i – oczywiście – wskazał najlepszy sklep na naszej planecie: aledrogo.

Znalazłem.

Nie na aledrogo.
U innego łysego. U Bezosa.
Łysy łysego nigdy ten tego… więc mówię: a niech się wzbogaci na mojej krwawicy.
Na aledrogo: 128 dukatów.
U Łysego na Amazonie: 70 dukatów, razem z kurierem konnym.
I teraz hit – koń przyjechał po 16 zdrowaśkach. Szesnaście godzin.
Amazon działa szybciej niż moje postanowienia noworoczne.
Dobra, koniec lania wody. Przejdźmy do ołtarza… znaczy: konkretów.

W pudełku :

  • suszarka,
  • zasilacz,
  • kawałek teflonowej rurki (żeby filament miał luksus),
  • instrukcja… i uwaga – nawet kilka zdań w polskiemu językowości. Szok kulturowy.

Rozpakowałem.
Włączyłem.
Filament zapodałem.
Maszyna prosta jak deska sedesowa.
Podnosisz klapę.
Wkładasz filament.
Zamykasz. Ja często zapominam o zamykaniu :) i ręców po..... nie myję, nie myję bo mam czystego.
I zaczyna się walka z czterema przyciskami.
Czterema!
Jeden włącza.
Drugi wybiera tryb.
Trzeci i czwarty pozwala dodawać lub ujmować, czyli ... wybierać.
Ustawia czas – do 24 godzin, co pół godziny, bo przecież żyjemy w cywilizacji.
Temperatura, a właściwie materiał : 61, 63 albo 75 stopni.

Instrukcja mówi, co do czego – więc nie zgadujesz jak przy totolotku.
Można podpiąć rurkę teflonową i drukować bezpośrednio z suszarki.
Drukarka ciągnie druta jak Malwina na poboczu.
Sama suszarka – solidna. Plastiki nie trzeszczą, wnętrze z amelinium, bęben kręci się lekko jak sumienie pisiora.
Popracowała kilka godzin.
Wysuszyłem jednego PET-a.
Nie wiem po co, ale wysuszyłem.
Zrobiłem wcześniej klasyczną łódkę – zobaczymy, czy po suszeniu wypłynie, czy pójdzie na dno jak moje oszczędności.

O zachwytach jeszcze nie będę prawił – bo testy trwają.
Ale wiem jedno.
Wiem, z czego NIE jestem zadowolony.
Ta suszarka wyje.
Świst powietrza jak komputer z wentylatorami czyszczonymi ostatnio za rządów SLD.
Stoi obok – jest irytująca. Nie tragedia.

Ale jakby ktoś odpalił odkurzacz… tylko bez sprzątania.

Reasumując, 70 PLN-ów, chyba nie jest źle. Marek już kupił drugą :), tym razem u Bezosa.
Link : Suszarka na Amazonie 





Może cos jeszcze o tej maszynerii napiszę.