Słowa zbędne w tym przypadku, super impreza, super ludzie, super atmosfera, super modele.
XIX zlot maniaków RC w Raciborzu, do późnego wieczora masa atrakcji, pokazy nocne itd.
Trochę fotek i przy okazji podziękowania Rafałowi - wie za co :)
Słowa zbędne w tym przypadku, super impreza, super ludzie, super atmosfera, super modele.
XIX zlot maniaków RC w Raciborzu, do późnego wieczora masa atrakcji, pokazy nocne itd.
Trochę fotek i przy okazji podziękowania Rafałowi - wie za co :)
„Wibratory w Actionie w promocji!” – usłyszałem
zupełnie przypadkowo... w damskiej toalecie.
Co tam robiłem? Powiedzmy, że sprawdzałem siłę sygnału na kanale
szóstym WiFi, i tej wersji będę się trzymał. Zdania nie zmienię.
Podnieciłem się jak Magda Gessler na widok lokówki. Zero skupienia w pracy. Myślami szybowałem po alejkach pełnych dildo, wizualizując sobie, co ja z nimi będę wyczyniał. Bo widzicie, dla modelarza... taki wibrator to jest Święty Graal. Wy myślicie o jednym, a ja wiem, że małym nakładem pracy, przy użyciu taśmy izolacyjnej, to jest najdoskonalszy na świecie aparat do mieszania farbek! Koniec z zaschniętą Tamiyą, koniec z grudkami w podkładzie!
Jako że tego dnia spóźniłem się do roboty... to żeby bilans się zgadzał, wyszedłem wcześniej. Odpaliłem swój rydwan, złamałem po drodze wszystkie możliwe przepisy i na pełnej bombie wpadłem do Actiona na drugim końcu metropolii.
Wpadam jak dzik w żołędzie, bez żadnego „dzień dobry”,
tylko jak ostatni cham z partii na trzy litery dyszę do kasjerki:
„GDZIE?!”. Spojrzała na mnie, jakby mi z czoła wyrósł
pędzel. – Ale... co gdzie? – pyta, typowa przedstawicielka
partii dwuliterowej. – No co gdzie?! – rzucam, wodząc obłędem
po regałach. – Panie, tak to my się nie dogadamy. Policzyłem w
myślach do jedenastu – bo do dziesięciu każdy głupi potrafi.
Wdech. – Wibratory.
Gdzie są wibratory? Spojrzała mi prosto w
oczy i rzuca: – Zboku.
Oż ty franco jedna! – pomyślałem. Jaki zboku?! Fakt, może i lubię szpilki i takie tam, ale żeby tak przy ludziach?! – Wypraszam sobie! – prawie ryknąłem. A ona wzdycha ciężko: – Z boku regału.
Pożegnałem ją wzrokiem godnym świadków Jehowy i pędzę. I co? I widzę, jak jakaś babina, wiekiem mocno doświadczona, pakuje do koszyka... ostatni. Normalnie na ulicy tobym krzyknął: „Pani Halinko, różaniec pani upadł!”, wyrwałbym jej to z rąk i jeszcze opieprzył, że w tym wieku to nie przystoi.
Zrezygnowany, z poszarpanym ego i zaschniętą farbą w wyobraźni,
sunę do wyjścia z zamiarem opuszczenia tego łez padołu. I
nagle... szok. Mój parchaty wzrok pada na coś w kolorze „późna
Barbie”. W środku kleszcze, jakieś bajery i napis po
zagranicznemu: Toolset, co ma piętnaście piecesów.
Leżał nisko. Schyliłem się, patrzę... obok mata A3. No przecież
to zestaw dla modelarza!
Szesnaście elementów. I co my tam mamy?
Obcinaczki – działają jak każde najtańsze, czyli nie tną, tylko gniotą, miażdżą i rozrywają ramki. Super, kolejne do kolekcji.
Kleszcze – z okrągłymi końcówkami, można nimi co najwyżej zagiąć drucik z plasteliny.
Igła w oprawce – może chociaż do kleju się nada.
Ale nożyk mnie zaskoczył – ma metalową obsadkę, a nie jakiś plastikowy szajs, co pęka od samego patrzenia!
Do tego buteleczka z igłą (z tego ucieszyłem się najbardziej),
drewniane klamerki, jakieś szablony
i plastikowa linijka. Gdyby była
metalowa, byłoby idealnie. No i ta mata 12x12 cm... urocza.
Wziąłem
to i dorzuciłem jeszcze tę dużą matę A3. W sam raz, żeby
wreszcie wywalić moją starą Olfę, którą męczę od 30 lat.
Kasa. Poszło jakieś 26 peelenów. 17 dukatów za Toolset
i 9 za matę. Kto bogatemu zabroni?
Dla kogo ten zestaw? Pewnie dla
kogoś, kto chce popróbować, albo żeby pierdol....nąć na pawlacz do
reszty „przydasiów”. Generalnie, ile mogą być warte narzędzia
za 17 złotych? Dokładnie 17 złotych. Ale nie żałuję.
A wibrator? Chrzanić, kupię na AliExpress. Przynajmniej będzie
z podświetleniem LED,
funkcją WiFi i śtuczną yntelygencjom
M-113 APC firmy TAMIYA, stary, ale jary. Trochę fotek tego staruszka z budowy i gotowego.
Model robiłem prosto z pudełka.
Jako człowiek, który od lat siedzi amatorsko w modelarstwie
redukcyjnym i przez którego ręce przeszło sporo sprzętu
lakierniczego, chętnie wezmę ten aerograf na warsztat. Rynek
narzędzi dla modelarzy mocno się ostatnio ożywił, a Gaahleri
GHPM-Mobius 0.2 to jeden z tych modeli, które wywołały spore
zamieszanie, rzucając bezpośrednie wyzwanie rynkowym
gigantom.
Aerograf ten przeleżał u mnie w szufladce „ze
słodyczami” trochę czasu, w końcu go zacząłem używać.
Gaahleri w modelu Mobius postawiło na zaawansowane rozwiązania inżynieryjne, które zazwyczaj widujemy w znacznie droższych sprzętach. Wersja z dyszą 0.2 mm to czystej krwi narzędzie do detalu w sam raz do malowania skomplikowanych i ostrych kamuflaży na pancerce w skali 1:35, pre-shadingu czy punktowego operowania rzadszymi specyfikami (np. washami od AK Interactive).
Kluczowe cechy tego modelu:
Dysza Spiral MAC (Micro Air Channel): Specjalnie
zaprojektowana, wydłużona i "spiralna" dysza zapewnia
wyjątkowo stabilny przepływ powietrza i równą atomizację farby,
co pozwala
na precyzyjną pracę na bardzo niskim ciśnieniu.
Lustrzany kielich (Ultra Mirror Cup): Wnętrze zbiorniczka na
farbę jest wypolerowane
na gładkie lustro. To potężnie ułatwia
czyszczenie, co docenisz zwłaszcza wtedy, gdy często zmieniasz
chemię w trakcie jednej sesji – od agresywnych podkładów po
delikatniejsze akryle Tamiyi.
Kwadratowy spust (Square Lever): Przeprojektowany, bardziej ergonomiczny kształt spustu zmniejsza zmęczenie dłoni podczas dłuższych posiedzeń nad modelem i ułatwia wyczucie natrysku.
Otwarty tył (Cutaway Design): Korpus posiada wycięcia, które pozwalają na błyskawiczną regulację napięcia sprężyny igły bez konieczności rozkręcania całego aerografu.
Zawór precyzyjnej regulacji powietrza: Wersja 0.2 mm posiada
wbudowany na dole zawór ciśnienia. Pozwala on na płynną,
mechaniczną korektę przepływu powietrza "w locie",
co
bywa nieocenione przy drobnych detalach.
Kiedy odkładasz aerograf na stojak po długim malowaniu – a świetnie sprawdzają się tu własne, zaprojektowane w programie 3D i wydrukowane na domowej drukarce uchwyty – liczy się to, by sprzęt był zbalansowany i dobrze wykonany. Mobius w tej kwestii prezentuje bardzo wysoki poziom.
Porównywanie sprzętu za relatywnie niewielkie pieniądze z
prestiżową marką to zawsze wyzwanie,
ale Gaahleri broni się tutaj
wyjątkowo sprawnie. Iwatę (np. modele z serii Custom Micron,
High-Line czy Eclipse) powszechnie uważa się za absolutny, rynkowy
wzorzec.
Jak na ich tle wypada Mobius?
Cecha |
Gaahleri GHPM-Mobius 0.2 |
Iwata (np. seria High-Line / Custom Micron) |
|---|---|---|
Kultura
Pracy |
Gładki naciąg i świetna atomizacja. Nowy spust jest bardzo wygodny, choć część zaawansowanych użytkowników wyczuwa w Mobiusie minimalnie większy opór igły niż w najdroższych, topowych japońskich modelach. |
Słynie z niepodrabialnego, "maślanego" i perfekcyjnie gładkiego spustu oraz absolutnie bezbłędnej precyzji natrysku. |
Czyszczenie |
Błyskawiczne
i bezproblemowe ze |
Klasyczne, wymaga typowej, starannej opieki (choć jakość powłok jest bez zarzutu). |
Innowacyjność |
Wbudowany
zawór powietrza, regulacja sprężyny "od zewnątrz",
spiralna |
Tradycyjna, konserwatywna wręcz inżynieria sprawdzona przez dekady. Zawory precyzyjnej regulacji (MAC) są obecne tylko w droższych seriach. |
Stosunek Ceny do Jakości |
Wybitny.
Otrzymujesz innowacyjny |
Płacisz za legendarną niezawodność, doskonałą kontrolę jakości i materiały, które często służą bezawaryjnie przez całe dekady. |
Iwata to wciąż niekwestionowany król inżynieryjnej doskonałości i długowieczności – bezpieczny wybór dla purystów, którzy nie uznają kompromisów i dysponują większym budżetem. Z kolei Gaahleri Mobius 0.2 to fantastyczny koń roboczy, oferujący rewelacyjną powtarzalność i nowoczesne udogodnienia za bardzo rozsądne pieniądze. Pod kątem malowania finezyjnych detali, prowadzi się on o niebo lepiej niż tanie dalekowschodnie klony i zdecydowanie zadowoli modelarza o wysokich wymaganiach estetycznych.
Zastosowanie tego aerografu do "wykończeniówki" to strzał w dziesiątkę, szczególnie w projektach takich jak pancerka w skali 1:35, gdzie ostateczny realizm bryły zależy od najdrobniejszych, subtelnych niuansów.
Absolutna kontrola przy niskim ciśnieniu: Przy aplikowaniu mocno rozcieńczonych specyfików – na przykład emalii czy płynów pokroju produktów AK Interactive do tworzenia zacieków, rdzy czy punktowych washy – kluczowe jest, aby nie zalać detali i nie stworzyć tzw. pajęczynek. Wbudowany pod kielichem zawór powietrza pozwala na błyskawiczne "zdławienie" ciśnienia roboczego. W połączeniu z dyszą spiralną MAC, aerograf perfekcyjnie atomizuje ciecz nawet przy minimalnym przepływie, pozwalając na kontrolowane nakładanie śladów eksploatacji czy okopceń wokół rur wydechowych.
Subtelny Post-shading i filtry: Korygowanie i tonowanie kontrastów kamuflażu wymaga operowania transparentnymi mgiełkami (często z mocno rozcieńczonych farb akrylowych, np. Tamiya). Mobius 0.2 kładzie farbę bardzo miękko i równomiernie. Ułatwia to precyzyjne rozjaśnianie środków paneli pancerza lub nakładanie cienkich warstw kurzu w dolnych partiach kadłuba, bez ryzyka odkurzu na sąsiednich elementach.
Żonglowanie specyfikami: Etap wykończeń charakteryzuje się bardzo częstymi zmianami używanej chemii. Raz w kielichu ląduje rzadki wash, za chwilę werniks, a potem farba do detali. Lustrzane wykończenie wnętrza zbiorniczka (Ultra Mirror Cup) pozwala na szybkie wypłukanie resztek zaledwie kilkoma kroplami cleanera, co niesamowicie przyspiesza pracę i zapobiega mieszaniu się kolorów przy zmianie medium.
Czułość spustu przy detalach: Dzięki otwartemu tyłowi rękojeści, można na bieżąco korygować napięcie sprężyny igły. Utwardzenie skoku spustu na samym końcu procesu malarskiego daje pewniejszą rękę przy najtrudniejszych zadaniach – takich jak malowanie drobnych rys, krawędziowych przetarć do gołego metalu, czy "biedronki" z farb olejnych.
Zastosowanie dyszy 0.2 mm stricte jako narzędzia "chirurgicznego" do zamykania projektów pozwala wycisnąć z Mobiusa to, co ma najlepsze do zaoferowania. Przy procesach brudzenia i ostatecznego cieniowania, ten model staje się przedłużeniem dłoni, pozwalając skupić się na warstwie plastycznej bez frustrowania się kaprysami sprzętu.
W tej chwili jest to w mojej kolekcji „pistoletów” pozycja na
samym topie.
Na ostatniej fotografii aktualny inwentarz,
którego używam na co dzień.
Lightweight Headband Magnifier with 4 Lenses (kod: T14001). Po pierwszych testach bojowych powiem krótko – robi robotę.
Za bardzo przyzwoite pieniądze (w MojeHobby to wydatek rzędu 63
zł) Vallejo dorzuca nam zestaw, który jest w zasadzie wszystkim,
czego potrzebujemy do dłubaniny przy pancerce. Zamiast jednej,
z
definicji "uniwersalnej" (czyli do niczego) soczewki, mamy
tu system oparty na czterech wymiennych szkłach:
1.6x – Soczewka idealna do ogólnego ogarnięcia bryły, nakładania podkładu i wstępnego cieniowania (preshadingu) aerografem.
2.0x – Mój absolutny faworyt do brudzenia. Kiedy
robisz odpryski metodą "na gąbkę" albo kładziesz
biedronkę z olei, dokładnie widzisz obszar roboczy i wiesz, gdzie
kończy się realizm,
a zaczyna radosna twórczość.
2.5x i 3.5x – Tryb "mikroskop".
Zarezerwowany do malowania źrenic u figurek czołgistów albo
wyginania mikroskopijnych elementów z blaszek (które i tak potem
często lądują na podłodze,
ale przynajmniej teraz dobrze widzę,
jak mi uciekają z pęsety).
Największy plus tej lupy leży w jej nazwie. Lightweight
nie wzięło się znikąd – całość waży zaledwie około 160
gramów. Konstrukcja to po prostu minimalistyczna, elastyczna ramka.
Kto spędził kiedyś jednorazowo trzy godziny nad składaniem
pojedynczych ogniwek gąsienic ten wie, że ciężki sprzęt
na
głowie to katorga dla karku. Tutaj po prostu zapominasz, że masz
coś założone.
Wizjer z soczewką umieszczony jest na regulowanym zawiasie. To
banalnie proste, ale kluczowe rozwiązanie – jednym ruchem
odchylasz szkło do góry, kiedy musisz zerknąć na projekt 3D
w
komputerze, sprawdzić referencje historyczne, albo po prostu napić
się kawy.
Jeśli Twój warsztat to połączenie klasycznego modelarstwa,
precyzyjnego malowania i milimetrowych waloryzacji, to narzędzie po
prostu musi nadążać za Twoimi oczami. Vallejo T14001 to sprzęt,
który nie przeszkadza w pracy, ratuje wzrok i pozwala wyciągnąć
maksimum detalu z każdej "trzydziestki piątki". W
budżecie do 100 zł trudno o lepszą inwestycję w komfort klejenia.
Wasze oczy (i Wasze modele) Wam podziękują.
Choć gąsienice i wieże czołgów to jedno, to w moim warsztacie
równie często ląduje depron.
Przy budowie kolejnego motoszybowca z
autorskiej serii ToTo, zawsze przychodzi ten moment,
w którym
rzucamy nożyk tapicerski i musimy zająć się precyzyjną
elektroniką. I tu znowu lupa Vallejo pokazuje pazur. O ile samo
wycinanie wręg nie wymaga mikroskopu, o tyle już lutowanie wtyczek
o mikroserw czy przedłużanie cienkich przewodów sygnałowych –
zdecydowanie tak.
Przy zastosowaniu soczewek 2.5x lub 3.5x kontrola punktów
lutowniczych na mikroskopijnych płytkach czy stykach zasilania to
czysta przyjemność. Dokładnie widać, czy cyna dobrze rozlała
się
po padzie i czy przypadkiem nie zrobiliśmy zimnego lutu, który
mógłby kosztować utratę modelu
w powietrzu. Lupę doceniłem też
przy dłubaniu w samych nadajnikach – niezależnie czy akurat
serwisowałem wnętrze Multiplexa, czy sprawdzałem styki w JR.
Odchylasz wizjer, lutujesz, opuszczasz, żeby skontrolować spoinę –
wszystko płynnie, bez bólu karku i bez mrużenia oczu.
Polecam z czystym sumieniem.