niedziela, 17 maja 2026

Domek Baby Jagi

 


Każde miasto ma takie swoje specyficzne miejsce. W Tarnowskich Górach, w parku miejskim, stoi legendarny Domek Baby Jagi. Oficjalnie: lodziarnia. Nieoficjalnie? Międzykontynentalne centrum wymiany myśli lokalnej elity piwnej oraz matek z bąbelkami.

Wyobraźcie sobie ten miks kulturowy. Z jednej strony pani dba o to, żeby mały Antoś zjadł ekologicznego loda rzemieślniczego o smaku jarmużu, a metr obok pan Zbyszek, lokalny koneser napojów chmielowych, przeprowadza szybką fuzję termojądrową dwóch puszek najtańszego lagera.
I to jest zaraz obok „Grzybka” – czyli tradycyjnego miejsca randek i szybkich schadzek. Piękna, romantyczna infrastruktura.

I wyobraźcie sobie, że dostałem zlecenie. Mam ten cały mikrokosmos... odtworzyć na makiecie kolejowej dla muzeum.

I tu wjeżdża skala. Skala H0. Czyli 1:87. Dla mnie? Masakra. Ja jestem facetem, który składa czołgi
w 1:35. Tam czujesz, że żyjesz! Plastik ma swoją wagę, czołg to czołg, czujesz zapach gąsienic
i męskiej przygody. A H0? Do tego trzeba mieć wzrok sokoła i dłonie chirurga.

Moje oczy już dawno powiedziały „do widzenia”, a łapami trzęsie mi się tak, że jak trzymam pęsetę, to wyglądam, jakbym próbował złapać uciekającego komara.

Na szczęście uratowała mnie fizyka i brutalna rzeczywistość wystawowa. Ta lodziarnia na makiecie będzie stała schowana między drzewami. Widz będzie na to patrzył z odległości jakichś dwóch metrów. Dwa metry w modelarstwie to jest zbawienie. Z dwóch metrów to nawet rozgotowany kalafior pomalowany na zielono wygląda jak luksusowa willa. Kto tam zauważy fakturę dachówki? Nikt! Jak ktoś podejdzie z lupą, to powiem, że to realizm – w Tarnowskich Górach też czasem dach przecieka, nie?

No ale ambitny plan zakładał, że trzeba to jakoś zbudować. Techniki tradycyjne?
Struganie tego z zapałek przy moich telepiących się rękach? Jak mawiał klasyk:

„Można się bawić doskonale bez alkoholu, ale po kiego grzyba się męczyć?”.

Padło na nowoczesność: projekt 3D i wydruk. Oczywiście, ortodoksyjni modelarze – ci, co to lepią gąsienice z ugotowanego makaronu – od razu podnieśli raban. Jeden mi nawet prosto w oczy wypalił: „Z ciebie taki modelarz, jak z koziej doopy saksofon!”.

No cóż... powiem Wam tylko tyle: ten pan leży obecnie na OIOM-ie w szpitalu powiatowym w Parzymiechach Dolnych. Głupio gadał, dostał za swoje. Nie zadziera się z facetem, który ma w ręku skalpel i darmowy program do projektowania 3D.

Ale zanim powstał wydruk, trzeba było zrobić research. Wyobraźcie sobie dorosłego chłopa, który biega po parku wokół budki z lodami z miarką budowlaną. Matki tulą dzieci, panowie od piwa patrzą na mnie jak na tajnego agenta z Sanepidu, a ja mierzę szerokość okienka podawczego. Potem dokumentacja fotograficzna, godziny przed komputerem, rysowanie, a potem... festiwal wkoorwu przy drukarce 3D. Bo oczywiście drukarka uznała, że zamiast domku wydrukuje mi nowoczesną sztukę abstrakcyjną.

Ale w końcu jest! Etap końcowy: sklejanie i malowanie. Moja tajna receptura na sukces:

  • Tradycyjna chemia od TAMIYA,

  • Piwo bezalkoholowe (bo przy normalnym ten domek Baby Jagi wyglądałby, jakby przeszedł centralne trafienie z mojego czołgu w 1:35),

  • Dużo nonszalancji w ruchach rąk,

  • I solidna, staropolska wiązanka wulgaryzmów. Bo nic tak nie wiąże plastiku, jak dobre, soczyste przekleństwo.







I wiecie co? Chyba jakoś to wyszło. Domek lada dzień ląduje na makiecie. Jak będziecie w muzeum, oglądajcie wyłącznie z przepisowych dwóch metrów !

Podziękowania dla .... ludzi pomocnych dobrego serca.