piątek, 29 maja 2026

Altanka

 Po prostu aaaaa...ltanka.




Czy mamy tu kogoś z Tarnowskich Gór? Nie? To dobrze, bo musimy porozmawiać o naszym lokalnym Trójkącie Bermudzkim.

Zna ktoś to miejsce w parku miejskim? Oś: Altanka – Domek Baby Jagi – Grzybek. Gęsty drzewostan. Istny Matrix. Miejsce, gdzie załamuje się czas, a prawa fizyki idą na L4. Poważnie.
W tym trójkącie giną okręty, samoloty, potężne jachty oceaniczne... Skąd wiem? Bo nikt nigdy tam żadnego jachtu ani samolotu nie widział! Dowód ostateczny.

Zamiast wraków statków, z pofalowanej murawy wynurzają się inne artefakty. Zgniecione puszki po Tyskim. Puste butelki po tanich winach. A dlaczego tanie wina są dobre? Odpowiedź jest prosta, proszę państwa: bo są tanie. I dobre. A to doskonały stosunek jakości do ceny. Posiadają też atest Polskiego Towarzystwa Patologicznego i certyfikat 500 PLUS. Takie "donperiniony".

Ten rejon to jest absolutne skrzyżowanie głównych szlaków handlowo-turystycznych. Taki lokalny Jedwabny Szlak. Z jednej strony trasa Noclegownia – Dom Pomocy Społecznej. Z drugiej: Biedronka – Lidl. Kogo tam nie spotkasz... Czasem w krzaki wpadnie pies z kulawą nogą. Zaraz za nim drące się „bąbelki” uciekające przed matkami na skraju załamania nerwowego. Czasem minie cię zagubiony emeryt z całym ciężarem ZUS-u na plecach, a czasem biznesmen, który po pożyczce we frankach szuka w tym parku... no cóż, solidnej gałęzi i pyta, czy masz pożyczyć stołek.

I nad tym wszystkim, proszę państwa, góruje ONA. Altanka. Punkt widokowy. Z której wszystko widać, i którą – uwaga, niespodzianka – z dołu też widać.

I mnie, naiwnemu, przyszło umiejscowić tę altankę na makiecie. Skala H0.

Szykowałem się do tej misji jak na wojnę. Wsiadłem w mój rydwan. Uzbrojenie: aparat, miarka budowlana i – tajna broń – metr krawiecki. Do tego wziąłem porządny kij do odganiania się od wilków... i kask. Dlaczego kask? Bo niedaleko jest kort tenisowy dla lokalnej elity. Co jakiś czas, z prędkością dźwięku, przez krzaki przelatuje zaginiona, żółta piłka i tnie nieboskłon niczym meteoryt. Trzeba uważać.

Wspinaczka pod altankę nie była długa, ale wymagała aklimatyzacji. Dwa przystanki. W obozie górnym założyłem bazę, żeby opróżnić Karmi o smaku kawowym. Hardcore, wiem. Adrenalina buzuje.

Wchodzę na szczyt, a tam... niespodzianka. W samej altance kotłują się dwa ciała o płciach przeciwnych. Pełne zwarcie. Pytam kulturalnie, czy mogę zmierzyć słupek, a w zamian dowiaduję się wielu nowych rzeczy o mojej matce i o tym, jakim to... synem jestem. Ale wiecie co? Kij na wilki w ręku działa cuda na asertywność. Rozstąpili się.

Zrobiłem pomiary i przeżyłem szok. Ludzie... ile to ma szczebli?! Liczyłem trzy razy. Szok numer dwa: krzywizna dachu tych cholernych wieżyczek. Wiedziałem już, że to będzie improwizacja stulecia. Narobiłem kilkadziesiąt zdjęć, pobiegałem z miarką wokół przeklinającej pary i uciekłem do modelarni.

Zacząłem to przeliczać na skalę H0. 1 do 87. To nie miała być masakra. To miała być rzeźnia. Te szczeble w tej skali miały wymiary subatomowe! Stanąłem przed dylematem filozoficznym godnym Kanta: Czy wklejać szczeble pomiędzy pustkę, czy pustkę pomiędzy szczeble?

Stwierdziłem, że nie będę tego strugał z drewienka, bo zwariuję. Wolę spędzić 40 godzin przed ekranem w Corelu i Sketchupie, niż opłacać wizyty u neurologa w przerwach między przyklejaniem jednego mikroszczebla a drugim. Niech to leci na drukarce 3D.

Potem było już z górki. Mówię "z górki", chociaż... "..urwy" latały po mojej pracowni stadami. Serio, ćwierkały wokół mojej BambuLab niczym skowronki na wiosnę. Wcześniej te same ćwierki latały u Grześka wokół jej piekielnej maszyny drukującej w żywicy. No niestety żywica się jakimś cudem źle wydrukowała, zalało przestrzeń pomiędzy szczebelkami. Wydrukowałem tego tonę, żeby było z czego wybierać. W końcu poskładałem. Ośmiokąt! Pasowanie tego to jak układanie kostki Rubika po pijaku przez daltonistę. Podstawka z XPS-u, klej cyjanoakrylowy, podkład Tamiyi, pisaki, washe, magia...

Zrobiłem. Dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Patrzę – jest. Stoi. Efekt uzyskany. Nawet podobna.

A w głowie tylko jedna myśl: O słodki panie w marcepanie, jak ja tęsknię za klejeniem czołgów i lataniem RC.

Zanoszę altankę na makietę. Dumny z siebie. Kładę. Ludzie oglądają, cmokają. I wiecie, co usłyszałem na odchodnym? – "Słuchaj, super... ale wiesz, tu obok kiedyś stała taka stara knajpa parkowa. Strasznie jej tu teraz brakuje. Dorobisz?"

Po tym wszystkim stwierdziłem tylko jedno: w knajpie, to ja, proszę państwa, chyba dzisiaj wyląduję, albo „na niskich pawilonach”, gdzie ściany miękkie i drzwi bez klamek….








Podziękowania ludziom dobrej woli i bardzo pomocnym w …… tej walce.


niedziela, 17 maja 2026

Domek Baby Jagi

 


Każde miasto ma takie swoje specyficzne miejsce. W Tarnowskich Górach, w parku miejskim, stoi legendarny Domek Baby Jagi. Oficjalnie: lodziarnia. Nieoficjalnie? Międzykontynentalne centrum wymiany myśli lokalnej elity piwnej oraz matek z bąbelkami.

Wyobraźcie sobie ten miks kulturowy. Z jednej strony pani dba o to, żeby mały Antoś zjadł ekologicznego loda rzemieślniczego o smaku jarmużu, a metr obok pan Zbyszek, lokalny koneser napojów chmielowych, przeprowadza szybką fuzję termojądrową dwóch puszek najtańszego lagera.
I to jest zaraz obok „Grzybka” – czyli tradycyjnego miejsca randek i szybkich schadzek. Piękna, romantyczna infrastruktura.

I wyobraźcie sobie, że dostałem zlecenie. Mam ten cały mikrokosmos... odtworzyć na makiecie kolejowej dla muzeum.

I tu wjeżdża skala. Skala H0. Czyli 1:87. Dla mnie? Masakra. Ja jestem facetem, który składa czołgi
w 1:35. Tam czujesz, że żyjesz! Plastik ma swoją wagę, czołg to czołg, czujesz zapach gąsienic
i męskiej przygody. A H0? Do tego trzeba mieć wzrok sokoła i dłonie chirurga.

Moje oczy już dawno powiedziały „do widzenia”, a łapami trzęsie mi się tak, że jak trzymam pęsetę, to wyglądam, jakbym próbował złapać uciekającego komara.

Na szczęście uratowała mnie fizyka i brutalna rzeczywistość wystawowa. Ta lodziarnia na makiecie będzie stała schowana między drzewami. Widz będzie na to patrzył z odległości jakichś dwóch metrów. Dwa metry w modelarstwie to jest zbawienie. Z dwóch metrów to nawet rozgotowany kalafior pomalowany na zielono wygląda jak luksusowa willa. Kto tam zauważy fakturę dachówki? Nikt! Jak ktoś podejdzie z lupą, to powiem, że to realizm – w Tarnowskich Górach też czasem dach przecieka, nie?

No ale ambitny plan zakładał, że trzeba to jakoś zbudować. Techniki tradycyjne?
Struganie tego z zapałek przy moich telepiących się rękach? Jak mawiał klasyk:

„Można się bawić doskonale bez alkoholu, ale po kiego grzyba się męczyć?”.

Padło na nowoczesność: projekt 3D i wydruk. Oczywiście, ortodoksyjni modelarze – ci, co to lepią gąsienice z ugotowanego makaronu – od razu podnieśli raban. Jeden mi nawet prosto w oczy wypalił: „Z ciebie taki modelarz, jak z koziej doopy saksofon!”.

No cóż... powiem Wam tylko tyle: ten pan leży obecnie na OIOM-ie w szpitalu powiatowym w Parzymiechach Dolnych. Głupio gadał, dostał za swoje. Nie zadziera się z facetem, który ma w ręku skalpel i darmowy program do projektowania 3D.

Ale zanim powstał wydruk, trzeba było zrobić research. Wyobraźcie sobie dorosłego chłopa, który biega po parku wokół budki z lodami z miarką budowlaną. Matki tulą dzieci, panowie od piwa patrzą na mnie jak na tajnego agenta z Sanepidu, a ja mierzę szerokość okienka podawczego. Potem dokumentacja fotograficzna, godziny przed komputerem, rysowanie, a potem... festiwal wkoorwu przy drukarce 3D. Bo oczywiście drukarka uznała, że zamiast domku wydrukuje mi nowoczesną sztukę abstrakcyjną.

Ale w końcu jest! Etap końcowy: sklejanie i malowanie. Moja tajna receptura na sukces:

  • Tradycyjna chemia od TAMIYA,

  • Piwo bezalkoholowe (bo przy normalnym ten domek Baby Jagi wyglądałby, jakby przeszedł centralne trafienie z mojego czołgu w 1:35),

  • Dużo nonszalancji w ruchach rąk,

  • I solidna, staropolska wiązanka wulgaryzmów. Bo nic tak nie wiąże plastiku, jak dobre, soczyste przekleństwo.







I wiecie co? Chyba jakoś to wyszło. Domek lada dzień ląduje na makiecie. Jak będziecie w muzeum, oglądajcie wyłącznie z przepisowych dwóch metrów !

Podziękowania dla .... ludzi pomocnych dobrego serca.