Każde miasto ma takie swoje specyficzne miejsce. W Tarnowskich Górach, w parku miejskim, stoi legendarny Domek Baby Jagi. Oficjalnie: lodziarnia. Nieoficjalnie? Międzykontynentalne centrum wymiany myśli lokalnej elity piwnej oraz matek z bąbelkami.
Wyobraźcie sobie ten miks kulturowy. Z jednej strony pani dba o
to, żeby mały Antoś zjadł ekologicznego loda rzemieślniczego o
smaku jarmużu, a metr obok pan Zbyszek, lokalny koneser napojów
chmielowych, przeprowadza szybką fuzję termojądrową dwóch puszek
najtańszego lagera.
I to jest zaraz obok „Grzybka” – czyli
tradycyjnego miejsca randek i szybkich schadzek. Piękna, romantyczna
infrastruktura.
I wyobraźcie sobie, że dostałem zlecenie. Mam ten cały mikrokosmos... odtworzyć na makiecie kolejowej dla muzeum.
I tu
wjeżdża skala. Skala H0. Czyli 1:87. Dla mnie? Masakra. Ja
jestem facetem, który składa czołgi
w 1:35. Tam czujesz, że
żyjesz! Plastik ma swoją wagę, czołg to czołg, czujesz zapach
gąsienic
i męskiej przygody. A H0? Do tego trzeba mieć wzrok
sokoła i dłonie chirurga.
Moje oczy już dawno powiedziały „do widzenia”, a łapami trzęsie mi się tak, że jak trzymam pęsetę, to wyglądam, jakbym próbował złapać uciekającego komara.
Na szczęście uratowała mnie fizyka i brutalna rzeczywistość
wystawowa. Ta lodziarnia na makiecie będzie stała schowana między
drzewami. Widz będzie na to patrzył z odległości jakichś dwóch
metrów. Dwa metry w modelarstwie to jest zbawienie. Z dwóch
metrów to nawet rozgotowany kalafior pomalowany na zielono wygląda
jak luksusowa willa. Kto tam zauważy fakturę dachówki? Nikt! Jak
ktoś podejdzie z lupą, to powiem, że to realizm – w Tarnowskich
Górach też czasem dach przecieka, nie?
No ale
ambitny plan zakładał, że trzeba to jakoś zbudować. Techniki
tradycyjne?
Struganie tego z zapałek przy moich telepiących się
rękach? Jak mawiał klasyk:
„Można się bawić doskonale bez alkoholu, ale po kiego grzyba się męczyć?”.
Padło na nowoczesność: projekt 3D i wydruk. Oczywiście, ortodoksyjni modelarze – ci, co to lepią gąsienice z ugotowanego makaronu – od razu podnieśli raban. Jeden mi nawet prosto w oczy wypalił: „Z ciebie taki modelarz, jak z koziej doopy saksofon!”.
No cóż... powiem Wam tylko tyle: ten pan leży obecnie na OIOM-ie w szpitalu powiatowym w Parzymiechach Dolnych. Głupio gadał, dostał za swoje. Nie zadziera się z facetem, który ma w ręku skalpel i darmowy program do projektowania 3D.
Ale zanim powstał wydruk, trzeba było zrobić research. Wyobraźcie sobie dorosłego chłopa, który biega po parku wokół budki z lodami z miarką budowlaną. Matki tulą dzieci, panowie od piwa patrzą na mnie jak na tajnego agenta z Sanepidu, a ja mierzę szerokość okienka podawczego. Potem dokumentacja fotograficzna, godziny przed komputerem, rysowanie, a potem... festiwal wkoorwu przy drukarce 3D. Bo oczywiście drukarka uznała, że zamiast domku wydrukuje mi nowoczesną sztukę abstrakcyjną.
Ale w końcu jest! Etap końcowy: sklejanie i malowanie. Moja tajna receptura na sukces:
Tradycyjna chemia od TAMIYA,
Piwo bezalkoholowe (bo przy normalnym ten domek Baby Jagi wyglądałby, jakby przeszedł centralne trafienie z mojego czołgu w 1:35),
Dużo nonszalancji w ruchach rąk,
I solidna, staropolska wiązanka wulgaryzmów. Bo nic tak nie wiąże plastiku, jak dobre, soczyste przekleństwo.
I wiecie co? Chyba jakoś to wyszło. Domek lada dzień ląduje na makiecie. Jak będziecie w muzeum, oglądajcie wyłącznie z przepisowych dwóch metrów !
Podziękowania dla .... ludzi pomocnych dobrego serca.





