„Wibratory w Actionie w promocji!” – usłyszałem
zupełnie przypadkowo... w damskiej toalecie.
Co tam robiłem? Powiedzmy, że sprawdzałem siłę sygnału na kanale
szóstym WiFi, i tej wersji będę się trzymał. Zdania nie zmienię.
Podnieciłem się jak Magda Gessler na widok lokówki. Zero skupienia w pracy. Myślami szybowałem po alejkach pełnych dildo, wizualizując sobie, co ja z nimi będę wyczyniał. Bo widzicie, dla modelarza... taki wibrator to jest Święty Graal. Wy myślicie o jednym, a ja wiem, że małym nakładem pracy, przy użyciu taśmy izolacyjnej, to jest najdoskonalszy na świecie aparat do mieszania farbek! Koniec z zaschniętą Tamiyą, koniec z grudkami w podkładzie!
Jako że tego dnia spóźniłem się do roboty... to żeby bilans się zgadzał, wyszedłem wcześniej. Odpaliłem swój rydwan, złamałem po drodze wszystkie możliwe przepisy i na pełnej bombie wpadłem do Actiona na drugim końcu metropolii.
Wpadam jak dzik w żołędzie, bez żadnego „dzień dobry”,
tylko jak ostatni cham z partii na trzy litery dyszę do kasjerki:
„GDZIE?!”. Spojrzała na mnie, jakby mi z czoła wyrósł
pędzel. – Ale... co gdzie? – pyta, typowa przedstawicielka
partii dwuliterowej. – No co gdzie?! – rzucam, wodząc obłędem
po regałach. – Panie, tak to my się nie dogadamy. Policzyłem w
myślach do jedenastu – bo do dziesięciu każdy głupi potrafi.
Wdech. – Wibratory.
Gdzie są wibratory? Spojrzała mi prosto w
oczy i rzuca: – Zboku.
Oż ty franco jedna! – pomyślałem. Jaki zboku?! Fakt, może i lubię szpilki i takie tam, ale żeby tak przy ludziach?! – Wypraszam sobie! – prawie ryknąłem. A ona wzdycha ciężko: – Z boku regału.
Pożegnałem ją wzrokiem godnym świadków Jehowy i pędzę. I co? I widzę, jak jakaś babina, wiekiem mocno doświadczona, pakuje do koszyka... ostatni. Normalnie na ulicy tobym krzyknął: „Pani Halinko, różaniec pani upadł!”, wyrwałbym jej to z rąk i jeszcze opieprzył, że w tym wieku to nie przystoi.
Zrezygnowany, z poszarpanym ego i zaschniętą farbą w wyobraźni,
sunę do wyjścia z zamiarem opuszczenia tego łez padołu. I
nagle... szok. Mój parchaty wzrok pada na coś w kolorze „późna
Barbie”. W środku kleszcze, jakieś bajery i napis po
zagranicznemu: Toolset, co ma piętnaście piecesów.
Leżał nisko. Schyliłem się, patrzę... obok mata A3. No przecież
to zestaw dla modelarza!
Szesnaście elementów. I co my tam mamy?
Obcinaczki – działają jak każde najtańsze, czyli nie tną, tylko gniotą, miażdżą i rozrywają ramki. Super, kolejne do kolekcji.
Kleszcze – z okrągłymi końcówkami, można nimi co najwyżej zagiąć drucik z plasteliny.
Igła w oprawce – może chociaż do kleju się nada.
Ale nożyk mnie zaskoczył – ma metalową obsadkę, a nie jakiś plastikowy szajs, co pęka od samego patrzenia!
Do tego buteleczka z igłą (z tego ucieszyłem się najbardziej),
drewniane klamerki, jakieś szablony
i plastikowa linijka. Gdyby była
metalowa, byłoby idealnie. No i ta mata 12x12 cm... urocza.
Wziąłem
to i dorzuciłem jeszcze tę dużą matę A3. W sam raz, żeby
wreszcie wywalić moją starą Olfę, którą męczę od 30 lat.
Kasa. Poszło jakieś 26 peelenów. 17 dukatów za Toolset
i 9 za matę. Kto bogatemu zabroni?
Dla kogo ten zestaw? Pewnie dla
kogoś, kto chce popróbować, albo żeby pierdol....nąć na pawlacz do
reszty „przydasiów”. Generalnie, ile mogą być warte narzędzia
za 17 złotych? Dokładnie 17 złotych. Ale nie żałuję.
A wibrator? Chrzanić, kupię na AliExpress. Przynajmniej będzie
z podświetleniem LED,
funkcją WiFi i śtuczną yntelygencjom







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz