Krótka o wzroku rozprawka.
Opowieść o człowieku, któremu się wydawało, który kiedyś miał wzrok… a dziś ma wspomnienia po wzroku i klasyczne niemieckie porno na słuch jedynie bierze, a tekstów w owych filmach nie za wiele.
Kiedyś widziałem tak ostro, że mogłem czytać ogłoszenia parafialne siedząc w samochodzie na parkingu przy kościele. A dzisiaj? Dzisiaj jak coś widzę wyraźnie, to znaczy, że stoi za blisko albo już mnie boli. Mój wzrok nie pogarsza się stopniowo – on po prostu odchodzi w otchłań, bez pożegnania.
Teraz patrzę na świat i zastanawiam się:
- to jest detal czy halucynacja?
- to jest rysa czy włos?
- to jest kobieta w kozakach na szpilce czy baba w kaloszach?
Bo tak, mój wzrok osiągnął poziom, na którym kalosze i kozaki różnią się głównie narracją, nie obrazem. Kolor się zgadza – resztę mózg dopowie. Mózg, który sam ma już swoje lata i działa w trybie: „a, kur..., nieważne”.
W modelarstwie jest jeszcze lepiej. Tam mój wzrok nie tylko mnie oszukuje – on mnie wystawia. Siedzę, składam, patrzę… i myślę, że jest idealnie. Odkładam. Zakładam lupę. I nagle widzę, że ten model wygląda jakby był składany w trakcie podróży składem towarowym na trasie Kielce - Sosnowiec
Tradycyjne okulary? One są dziś bardziej symboliczne. Zakładam je po to, żeby oczy wiedziały, że się staram. Realnie pomagają tyle, co mówienie „no trudno” przed porażką.
Lupa stołowa? Super rozwiązanie, jeśli chcesz jednocześnie:
- widzieć detal
- garbić się jak znak zapytania
- i zastanawiać się, kiedy strzelą ci plecy
Dlatego kupiłem lupę nagłowną. A właściwie… Lidl mi ją sprzedał, bo wiedział, że prędzej czy później tam trafię. Parkside. Cena uczciwa. Trochę ciężko zarobionych dukatów na to poszło.
Jakość? Ku mojemu zdziwieniu – lepsza niż moje oczy.
Jakość? Ku mojemu zdziwieniu – lepsza niż moje oczy.
Zakładam to ustrojstwo i nagle… szok. Widzę. Normalnie widzę.
Spojrzałem w lustro, faktycznie mam tych parchów na pysku trochę, a cały czas myślałem, ze to jedynie muchy. Nie „chyba”, nie „wydaje mi się”. Widzę TAK, że aż mnie to obraża.
Bo się okazuje, że problemem nie był świat. Problemem byłem ja.
Bo się okazuje, że problemem nie był świat. Problemem byłem ja.
Plastik solidny. Guma na czole. Guma na uszach. Nos potraktowany delikatniej niż moja samoocena po pięćdziesiątce. Organ węchny przeżył. Godność – już niekoniecznie, bo wyglądam w tym jak technik z czeskiego filmu science fiction klasy B, ale coś za coś.
Regulacji jest tyle, że mogę ustawić tę lupę dokładniej niż swoje życie. Kąt, odległość, LED – wszystko. Zakres 45–65 mm, czyli dokładnie tyle, ile dzieli moje oczy od rzeczywistości, której już nie ogarniam.
Powiększenia ?
- 1x – „aha”.
- 1,5x - "a o to chodziło"
- 2x – „dobra dobra”.
- 2,5x - "no bez flaszki nie da rady"
- 3x – „o świety Panie w Marcepanie, kto to tak spier… lił? Aha… ja.”
I wtedy przychodzi refleksja. Ta lupa nie poprawia wzroku. Ona demaskuje. Ona pokazuje prawdę. Brutalną. Bez filtrów. Że ręce już nie te. Oczy już nie te. A precyzja? Precyzja wymaga dziś baterii AAA i modułu diodowego doświetlającego przed oczny obszar egzystencji.
Używam jej regularnie. Leży w modelarni. Zawsze pod ręką. Jest moim ostatnim bastionem godności. Bo dzięki niej mogę jeszcze udawać, że panuję nad detalem.
Ale z daleka?
Z daleka dalej mylę kalosze z kozakami na szpilce. Z daleka świat jest jak mój wzrok – pełen domysłów.
I wiecie co? Już się z tym pogodziłem.
Bo w skali 1:10 widzę perfekcyjnie.
A świat w skali 1:1… niech sobie sam założy lupę.







Fajny bajer.
OdpowiedzUsuńI przydatny.
Usuń