niedziela, 11 stycznia 2026

Pedał modelarski

 Pedał. Tak. Normalny, faktyczny, rzeczywisty i najprawdziwszy. Pedał.


Zanim ktoś się zagotuje – spokojnie. Nie dzwonimy po prawnika, nie wzywamy Twittera, nie robimy marszu oburzonych i goownoburzy na Szajsbooku. Mówię o peda­le. Tym do naciskania nogą. Mechanicznym. Legalnym. Bez poglądów i orientacji.
Bo ja jestem prostym człowiekiem. Jak coś ma nazwę, to ją stosuję. To jest pedał. Jak młotek – młotek. Jak wiertarka – wiertarka. Jak ja w poniedziałek – wrak człowieka.
I teraz pytanie: po co mi pedał?
Otóż, drogie państwo, jeśli jesteś modelarzem, majsterkowiczem albo twórcą ludowym z YouTube’a,
to znasz ten dramat. W jednej ręce trzymasz element, w drugiej szlifierkę, a w trzeciej… no właśnie, nie masz trzeciej ręki, bo nie jesteś ośmiornicą ani politykiem.
A włącznik? Oczywiście, że od dupy strony. Zawsze. Co pokazałem na fotografiach poniżej.
Projektanci tych narzędzi muszą być ludźmi, którzy w życiu niczego nie używali. Oni projektują włączniki tak, jakby mówili:
– „A teraz, użytkowniku, pokaż swoją zręczność. Zrób jogę palców. Udowodnij, że zasługujesz na 10 tysięcy obrotów.”

Bo najpierw :
  • włącz,
  • ustaw obroty,
  • nie upuść modelu,
  • nie przewierć sobie dłoni,
  • nie zrób z palca kiełbasy krakowskiej.

A to są maszyny wysokoobrotowe. One nie startują jak diesel zimą. One idą od zera do „chirurgia plastyczna” w pół sekundy.
I często jest tak, że lepiej wpierw przyłożyć narzędzie, a dopiero potem je uruchomić.
Ale wtedy… brakuje tej jednej, magicznej kończyny. Trzeciej ręki. Albo i czwartej – zależy od poziomu stresu. Olśniło mnie, bo akurat zgarbiony zerkałem jak mi nogi śmierdzą.
Przecież maszyny do szycia tak działają!
Ręce wolne, nogi pracują, a głowa… no, głowa i tak jest zajęta myśleniem, czemu znowu coś spierd…liłem.

Proces myślowy przeszedł w proces zakupowy.

Udałem się do kościoła pod wezwaniem świetnego Castorama.
Tam, przy ołtarzu pełnym dewocjonali o duchowości elektrycznej, dokonałem wyboru,
przy wyjściu z owego kościoła uiściłem stosowną ofiarę bliską naturze wymiany handlowej,
ciężko zarobione dukaty za kabel, wtyczkę, gniazdko i przycisk dzwonkowy w wersji dla ubogich,
bez ramki, bo ramki są dla burżujów. „ A paragon to se wsadźcie „ - pomyślałem, szczęść Bosh-e.

Wróciłem do swej stajenki modelarskiej, odpaliłem mózg elektronowy, SketchUp poszedł w ruch.
Szybki szkic. Projekt pedała.  Bambus. Drukarka 3D.
W tle warstwy natury muzycznej, by przyćmić delikatny i zarazem ożywczy szelest Bambusa  Kraftwerk – „Tour de France”, bo rowery, a jak rowery to i pedały muszą być. 
Klimat jak w enerdowskim laboratorium Trabanta lat 80, tylko piwo cieplejsze, znaczy piwo normalne tylko zawarty w nim bezalkohol jakiś taki cieplejszy był.

Kolory?
Czarno-czerwone.
Żeby pasowało. Do wszystkiego.
I do… no… powiedzmy… , co najważniejsze – do wysokich czarno czerwonych szpilek Christian Loubotin😏. Jak poprosicie to fotkę wstawię.

I jak to działa?. No jak?
Ruki swabodnyje!, Ręce wolne, noga klika, narzędzie rusza wtedy, kiedy ja chcę.
Zero gimnastyki, zero stresu, zero modlitw do patrona modelarzy.
Morał?
Czasem rozwiązanie problemu nie leży w rękach. Czasem… leży pod stołem.

Pedał elektryczny modelarski.
Elementy projektowane, ramka, obudowa górna i podstawa.

Pedał elektryczny modelarski.
I wszystkie mają włączniki od dupy strony.

Pedał elektryczny modelarski.
Części składowe.

Pedał elektryczny modelarski.
Po zmontowaniu.


Dziękuję B... wiadomo za co :), dobranoc i moc pozdrowień dla środowisk ge….jowskich. 

Projektantów Proxxona, Dremela, Parksidea i innych pozdrowię, jak w końcu zamontują ten cholerny włącznik tam gdzie ma być, czyli pod palcem – no tym od grzebania w nosie.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Świat ogarnięty oczami, czyli unboxing lupy nagłownej Parkside

 Krótka o wzroku rozprawka.


Opowieść o człowieku, któremu się wydawało, który kiedyś miał wzrok… a dziś ma wspomnienia po wzroku i klasyczne niemieckie porno na słuch jedynie bierze, a tekstów w owych filmach nie za wiele.

Kiedyś widziałem tak ostro, że mogłem czytać ogłoszenia parafialne siedząc w samochodzie na parkingu przy kościele. A dzisiaj? Dzisiaj jak coś widzę wyraźnie, to znaczy, że stoi za blisko albo już mnie boli. Mój wzrok nie pogarsza się stopniowo – on po prostu odchodzi w otchłań, bez pożegnania.

Teraz patrzę na świat i zastanawiam się:
  • to jest detal czy halucynacja?
  • to jest rysa czy włos?
  • to jest kobieta w kozakach na szpilce czy baba w kaloszach?

Bo tak, mój wzrok osiągnął poziom, na którym kalosze i kozaki różnią się głównie narracją, nie obrazem. Kolor się zgadza – resztę mózg dopowie. Mózg, który sam ma już swoje lata i działa w trybie: „a, kur..., nieważne”.

W modelarstwie jest jeszcze lepiej. Tam mój wzrok nie tylko mnie oszukuje – on mnie wystawia. Siedzę, składam, patrzę… i myślę, że jest idealnie. Odkładam. Zakładam lupę. I nagle widzę, że ten model wygląda jakby był składany w trakcie podróży składem towarowym na trasie Kielce - Sosnowiec

Tradycyjne okulary? One są dziś bardziej symboliczne. Zakładam je po to, żeby oczy wiedziały, że się staram. Realnie pomagają tyle, co mówienie „no trudno” przed porażką.

Lupa stołowa? Super rozwiązanie, jeśli chcesz jednocześnie:
  • widzieć detal
  • garbić się jak znak zapytania
  • i zastanawiać się, kiedy strzelą ci plecy

Dlatego kupiłem lupę nagłowną. A właściwie… Lidl mi ją sprzedał, bo wiedział, że prędzej czy później tam trafię. Parkside. Cena uczciwa. Trochę ciężko zarobionych dukatów na to poszło.
Jakość? Ku mojemu zdziwieniu – lepsza niż moje oczy.

Zakładam to ustrojstwo i nagle… szok. Widzę.  Normalnie widzę.

Spojrzałem w lustro, faktycznie mam tych parchów na pysku trochę, a cały czas myślałem, ze to jedynie muchy. Nie „chyba”, nie „wydaje mi się”. Widzę TAK, że aż mnie to obraża.
Bo się okazuje, że problemem nie był świat. Problemem byłem ja.

Plastik solidny. Guma na czole. Guma na uszach. Nos potraktowany delikatniej niż moja samoocena po pięćdziesiątce. Organ węchny przeżył. Godność – już niekoniecznie, bo wyglądam w tym jak technik z czeskiego filmu science fiction klasy B, ale coś za coś.

Regulacji jest tyle, że mogę ustawić tę lupę dokładniej niż swoje życie. Kąt, odległość, LED – wszystko. Zakres 45–65 mm, czyli dokładnie tyle, ile dzieli moje oczy od rzeczywistości, której już nie ogarniam.
Powiększenia ?
  • 1x – „aha”.
  • 1,5x - "a o to chodziło"
  • 2x – „dobra dobra”.
  • 2,5x - "no bez flaszki nie da rady"
  • 3x – „o świety Panie w Marcepanie, kto to tak spier… lił? Aha… ja.”

I wtedy przychodzi refleksja. Ta lupa nie poprawia wzroku. Ona demaskuje. Ona pokazuje prawdę. Brutalną. Bez filtrów. Że ręce już nie te. Oczy już nie te. A precyzja? Precyzja wymaga dziś baterii AAA i modułu diodowego doświetlającego przed oczny obszar egzystencji.

Używam jej regularnie. Leży w modelarni. Zawsze pod ręką. Jest moim ostatnim bastionem godności. Bo dzięki niej mogę jeszcze udawać, że panuję nad detalem.
Ale z daleka?
Z daleka dalej mylę kalosze z kozakami na szpilce. Z daleka świat jest jak mój wzrok – pełen domysłów.
I wiecie co? Już się z tym pogodziłem.
Bo w skali 1:10 widzę perfekcyjnie.
A świat w skali 1:1… niech sobie sam założy lupę.









ToTo-32 Artu - model halowy

 



ToTo-33 Artu jest konstrukcją eksperymentalną, zaprojektowaną z myślą o lataniu akrobacyjnym, gdzie kluczowe znaczenie mają precyzja sterowania, sztywność przy niskiej masie oraz odporność konstrukcji na wielokrotne obciążenia dynamiczne. Model powstał jako próba zastosowania nowego, wcześniej przeze mnie nieużywanego materiału piankowego, który w założeniu miał połączyć elastyczność
z trwałością, istotną w intensywnym treningu figur akrobacyjnych.

Do budowy wykorzystano płytę PICHLER o grubości 3 mm. Materiał ten charakteryzuje się bardzo zwartą i jednorodną strukturą, wysoką elastycznością oraz znaczną odpornością na pękanie i kruszenie, typowe dla klasycznego depronu. Dzięki tym właściwościom konstrukcja lepiej znosi przeciążenia powstające podczas gwałtownych zmian kierunku lotu, snapów, harrierów oraz manewrów 3D wykonywanych przy niskiej prędkości postępowej.





Więcej o modelu, jego budowie na : https://motylasty.pl/toto32.html

piątek, 2 stycznia 2026

Spawarka do filamentu.

 Maszyneria do spawania filamentów PETG, PLA, ABS i innych.

Spawarka do filamentu.

Problemem w trakcie drukowania czasami jest brak lub też zerwanie filamentu, nie wszystkie drukarki maja możliwość wymiany i wznowienia wydruku od tego momentu. Możemy też chcieć drukować element w jednym kolorze i nagle przejść na inny kolor. 

Znalazłem w necie stosowne urządzenie firmy Sunlu do spawania, jednak jego cena trochę mnie …….. Wszak to prosta operacja, nie wymagająca kosmicznych technologii i elektroniki. Dalsze poszukiwania poskutkowały znalezieniem bardzo prostej, a wręcz prymitywnej maszynki do tego służącej.
Kilka części metalowych, do tego wkładka teflonowa rozwiązują problem. Samo spawanie wykonuje się z pomocą zwykłej zapalniczki lub małego palnika. 


Sposób użycia jest bardzo prosty, zerwany filament wkładamy z jednej strony od strony teflonu, a z drugiej od strony metalowego „kowadła”. Ściskamy ze sobą odcinki filamentu i przypalamy ( topimy ) miejsce połączenia zapalniczką lub palnikiem, następnie przeciągamy filament w stronę teflonu.

Rozkręcamy maszynę dołączonym imbusem i wyjmujemy sklejony filament. Miejsce połączenia możemy wyrównać kawałkiem papieru ściernego. W ten sposób pospawałem już kilka kawałków
i bardzo fajnie się to zachowuje. 


Spawarka do filamentu.

Spawarka do filamentu.

Spawarka do filamentu.

Spawarka do filamentu.

Polecam z sumieniem bardzo czystym.