Strony

poniedziałek, 23 marca 2026

Figurek malowanie.

 Parkinsony, pędzle i chińska magia za grosze.


Powiem wam szczerze: z malowaniem figurek jest jak z oddawaniem moczu pod wiatr. Albo masz technikę i trafiasz w cel, albo całe życie chodzisz z popryskaną mordą. I to nie jest teoria z internetu, to są wnioski poparte moimi własnymi, mokrymi od tego wiatru oczami.

Pół wieku. Pięćdziesiąt lat męczę się w tym, co dorośli ludzie nazywają „modelarstwem”, a co moja żona kwituje krótkim: „znowu te zabawki?”. Przerobiłem wszystko: kartony, plastiki, modele zdalnie sterowane... Ale nic, absolutnie NIC, nie niszczy psychiki tak skutecznie jak malowanie tych małych, plastikowych skur… znaczy ludzików.

Dla dobra własnego zdrowia psychicznego staram się to robić rzadko. Dlaczego? Bo mam przypadłość, którą roboczo nazywam „trzęsawką łap”. Jak ktoś patrzy z boku, jak ja walczę z pędzelkiem, to od razu myśli: „Oho, stary nieźle daje w szyję, pewnie od rana na obrotach”. A ja po prostu tak mam! Ręce mi latają, jakbym grał w marakasy w zespole mariachi.

Dlatego nienawidzę pędzlowania. Wolę aerograf. Pędzlować to se można okolice odbytu w szpitalu, i to nie farbką Citadel, tylko gencjaną!

No i jak z tym żyć? Widziałem te wszystkie tutoriale na YouTube. Ci goście mają figurki na jakichś korkach, podstawkach, cudach-wiankach. Odpaliłem więc swoją piekielną maszynę, drukarkę 3D. Coś tam narysowałem, coś pomierzyłem... wyszło stabilnie. Taka „podtrzymka” dla moich drżących rąk. Byłem z siebie dumny, dopóki nie zajrzałem na to legendarne Temu.

Słuchajcie, kosmos. Znalazłem tam taki uchwyt, że NASA by się nie powstydziła. Dodatkowe obrotowe oparcie na palce, ergonomia, stabilizacja... Cena? Dwadzieścia dukatów. Przecież za tyle to mi się nawet komputera i drukarki nie opłacało z prądu wybudzać! Samo rysowanie projektu kosztowało mnie więcej kawy niż ten gotowiec.

Słuchajcie, ale to Temu... to nie jest zwykły sklep. To jest cyfrowy odpowiednik tego gościa z bazaru, który otwiera poły płaszcza i mówi: „Pst, chcesz zobaczyć coś co ci zryje banię ?
Mam też zestaw do otwierania kokosów i skarpetki, które świecą w ciemności”.

Wchodzisz tam tylko sprawdzić cenę pędzelka. Pięć minut później masz w koszyku :

  • Ten uchwyt do figurek (za grosze!).
  • Magnetyczną poziomicę do przycinania brwi.
  • Dildo z funkcją bluetooth działające pod Linuxem.
  • Nadmuchiwaną replikę katedry Notre Dame w skali 1:500.

Cena? Dwadzieścia złotych za wszystko. Przecież to jest obraza dla zasad logiki! Za te pieniądze to chiński inżynier musiał to zaprojektować, maszyna to musiała wypluć, a potem ktoś to zapakował
w tę ich legendarną folię. Ta folia jest niesamowita. To jest jedyny materiał na świecie, który przetrwa wybuch jądrowy i upadek z orbity, a w środku Twoja paczka wygląda, jakby przejechało po niej stado zdezorientowanych słoni. Ale otwierasz to... i to DZIAŁA.

To ustrojstwo do malowania ludzików przyleciało do mnie przez dwa oceany, trzy strefy czasowe
i pewnie płynęło na grzbiecie tresowanego delfina, a i tak wyszło taniej, niż jakbym sam miał podnieść tyłek i iść po piwo do Żabki. Za 20 dukatów dostałem technologię, przy której moja drukarka 3D wygląda jak liczydło przy komputerze z NASA.

Najgorsze jest to śledzenie paczki. Dostajesz powiadomienie: „Twoja przesyłka opuściła port w Szanghaju”. Potem: „Twoja przesyłka minęła Kazachstan”. Aż w końcu: „Twoja przesyłka jest u sąsiada, który Cię nienawidzi”. Ale jak już ją wyrwiesz... Panowie, ta chwila, gdy wkładasz figurkę
w ten chiński uchwyt i ona nagle przestaje latać jak liść na wietrze... To jest ten moment, w którym wybaczasz im wszystko. Nawet to, że teraz prawdopodobnie jakiś algorytm w Pekinie wie o moich trzęsących się rękach więcej niż mój lekarz pierwszego kontaktu.

Jak to działa? Panie i Panowie – to jest złoto! Figurka siedzi sztywno, ten karbowany uchwyt robi taką robotę, że moje dłonie nagle przypomniały sobie, co to znaczy spokój. Jeśli też się tak męczycie
z „ludzikami”, to kupujcie to bez pytania. Te parę groszy uratuje wam resztki godności.

Dobra, kończę, bo za oknem piździ jak w Kieleckiem. Wieczór późny, idę sprawdzić, czy z tym oddawaniem moczu pod wiatr to faktycznie tylko kwestia techniki...

niedziela, 15 marca 2026

piątek, 13 marca 2026

Grzybek parkowy.

 Tarnogórski Hyde Park, czyli ...... Grzybek w Parku.


Wiecie, jak zaczynają się największe katastrofy w życiu faceta? Nie od słów „musimy porozmawiać”. Nie. Zawsze zaczyna się od klasycznego: „Co? Ja nie dam rady ?!”. A zaraz potem wjeżdża nasze zaklęcie przywołujące kłopoty: „Czymaj piwo”.

Ktoś mnie ostatnio pyta: „Stary, a dałbyś radę zrobić tego naszego Grzybka na makietę dworca kolejowego?”.  Ja nie zrobię Grzybka? Ja?! Czymaj piwo!

Kojarzycie Grzybka w naszym tarnogórskim parku, prawda? Kojarzysz, widzę po oczach, że za młodu tanie wino tam smakowałeś!

Dla tych, co nie wiedzą – Grzybek to nie jest zwykła altanka. To jest lokalne centrum kultury alternatywnej! Od lat wpisane w panoramę parku. Tam spotyka się absolutnie każdy. Zwykła młodzież, klienci lekkiego życia, fanatycy płynów o – powiedzmy to dyplomatycznie – konkretnej i wysokiej zawartości C2H5OH... Do tego poeci wyklęci z puszką Tatry, jacyś uliczni tancerze i – przysięgam – zdarzają się delegacje kółek gospodyń wiejskich, które chyba po prostu zgubiły drogę z dworca. Pełen przekrój społeczny! Nasz tarnogórski Hyde Park.

No, ale słowo się rzekło. Zaczynamy projekt.

Odpalam mój pojazd mechaniczny czterokołowy i ruszam na zwiad. Pełen kamuflaż i rynsztunek bojowy: aparat fotograficzny na szyi, taśma miernicza w kieszeni i tajna broń... piwo bezalkoholowe. Tak, Karmi. I tak mam słabą głowę, więc po jednym takim  włącza mi się tryb nirwany i wydaje mi się, że jestem Inżynierem Karwowskim.
Parkuję, resztę trasy pokonuję pieszo – klasyczną metodą naprzemiennego machania kończynami dolnymi – i w końcu jest. Stoi on. Grzybek.
Zaczynam oględziny. Ale żeby w ogóle podejść ze sprzętem, musiałem najpierw odgruzować teren.
Tu puszka po Harnaśku, tam butelka po Soplicy... Od razu pozbierałem! Słuchajcie, makieta makietą, ale pomyślałem sobie: „Oho, wpadnie kilka dukatów z kaucji, będzie na prąd do drukarki!”.
Biznes to biznes. Wyobraźcie to sobie z boku: stoi dorosły chłop w parku. W jednej ręce bezalkoholowe, w drugiej miarka, w torbie brzęczą puszki, a on z obłędem w oczach mierzy obwód betonowego grzyba. Ludzie spacerują, patrzą na mnie i myślą: „O, sanepid przyjechał”, albo „Kurde, geodeta, znowu będą tu coś kopać!”. A ja tam po prostu w mojej pięknej głowie wizualizuję wielki plan budowlany. Dokumentacja, proces, logistyka!

Wracam w końcu do swojej oazy, do mojej jaskini modelarskiej. I tam nagle zapadła... diecezja.
Znaczy – decyzja!

Patrzę w kalendarz. Terminy gonią. Miałem to rzeźbić dłutkiem? Strugać z zapałek i wykałaczek
jak jakiś mnich z Klasztoru Kosz aliin  ? Nie ma opcji, szanujmy się. Szkoda życia! Zamiast tradycji, wjechał futuryzm.

Odpalam kompa, projekt 3D w Sketchupie – pyk, pyk, myszką. Potem „Bambus” robi swoje „bzzzz, bzzzz”, trochę magii z aerografem, pędzelkiem, malowanie, wykończeniówka i cyk! Gotowe!

Założone ramy czasowe zachowane. Makieta ma swojego Grzybka. A ja? Ja udowodniłem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Zwłaszcza, jak ktoś mi potrzyma piwo. Dziękuję bardzo!

Słyszę głosy z sali: "Oszustwo! Pójście na łatwiznę! Prawdziwy modelarz to by tego Grzybka z kory dębu wyrzeźbił tępym scyzorykiem!".

Słuchaj, przyjacielu. Jak idziesz do łazienki wrzucić brudne ciuchy do pralki, to też żona stoi nad tobą i krzyczy: "Oszustwo! Pralka automatyczna to pójście na łatwiznę! Kiedyś to się nad rzeką na tarze prało, a nie w przyciski klikało!"? Nie. Bo byś do świąt w jednych gaciach chodził.

Technologia idzie do przodu! Myślisz, że ta moja drukarka ma na panelu przycisk z napisem: "Drukuj tarnogórskiego Grzybka z menelami"? Że to się samo robi? Przecież ja tam musiałem w tym programie każdy milimetr tego betonu wirtualnym dłutem wykuć! W pocie czoła klikałem myszką, aż mi się zespół cieśni nadgarstka pogłębił! To jest ciężka praca fizyczna w XXI wieku.

Poza tym, bądźmy szczerzy. Kiedyś modelarze całymi nocami wąchali butapren w zamkniętych piwnicach i mieli po tym objawienia. Ja mam drukarkę 3D i piwo bezalkoholowe. Może mam trochę mniej kolorowych wizji podczas pracy, ale za to makieta trzyma pion! A o to przecież w budownictwie chodzi, co nie?









Użyta chemia to głównie wyroby Tamiya, AK i to wsjo.

Grzybek powstał na zlecenie Muzeum Tarnogórskiego, stanie na makiecie kolejowej w stosownym
dla niego miejscu.